Kanał RSS

Katarzyna Komar 10-02-2012

Świt na bagnie - cz. I

21 sierpnia 2010 roku, 3:30 rano. Już nie śpię. Wprawdzie pobudkę zaplanowaliśmy dopiero na 4:30, ale ja już od dłuższej chwili przewracam się z boku na bok. Odsuwam zasłonkę, wyglądam na zewnątrz. Ciemna noc, pewnie jest diabelnie zimno. Ale nie słychać szelestu deszczu na dachu przyczepy, co znaczy, że jest nieźle.
Wychodzę na zewnątrz. Patrzę na sierpniowe niebo, wysokie i czyste, gwiazdy na nim lśnią jak rosa, od której mokra
Czermień błotna (Calla palustris)
Fot. Jerzy Komar
jest trawa pola namiotowego. Jest zimno, oddech w nocnym powietrzu zamienia się w kłęby pary. Wracam do przyczepy. Na nocną wyprawę na bagna będę musiała włożyć na siebie wszystkie ciepłe ubrania, jakie mam...
Mieliśmy przed wyjściem wypić gorącą herbatę, jako że na śniadanie było cokolwiek za wcześnie, ale szkoda nam było czasu, mimo że słońce w połowie sierpnia wschodzi kilkanaście minut przed godziną szóstą. Chcieliśmy mieć pewność, że świt nas nie uprzedzi i że będziemy mogli podziwiać wschód słońca nad mokradłami otaczającymi leśne jeziorko.

Kocioł

Jest to niewielkie jeziorko położone w obniżeniu terenu na skraju starodrzewu sosnowego, tuż przy leśnej drodze. Po drugiej stronie drogi, na niewielkim pagórku jeżą się na porębie młode sosenki. Odkryliśmy to miejsce rok temu, podczas naszych wędrówek po lubuskich lasach i od tamtej pory często odwiedzamy Oczko. Nasza trasa w tamtym kierunku prowadzi to przez kwitnące wśród lasu wrzosowiska, gdzie mamy już swoich znajomych – dwa mieszkające w spróchniałym pniu węże gniewosze, to między sosnowymi młodnikami – nad jednym z nich góruje uschła sosna z czarcią miotłą w koronie, to znów skrajem niewielkiego olsu, gdzie chmiel i psianka słodkogórz tworzą nieprzebyte zarośla lub wzdłuż szpaleru brzóz na skraju lasu mieszanego bukowo-sosnowego.
Oczko jest dla nas fascynującym miejscem. Pierwszy raz dotarliśmy tam pewnego pochmurnego, deszczowego dnia i ujrzeliśmy spowite mgłą omszałe moczarowe brzozy, u których stóp wśród torfowców lśniły kałuże wody. Kiedy zbliżyliśmy się na skraj moczaru, bezszelestnie jak zjawa przefrunął przed nami ogromny dzięcioł czarny. Drugi ptak, siedzący na brzozie z dala od drogi, zakwilił zaniepokojony. Żadnego z nich nie udało nam się sfotografować – obawialiśmy się zapuścić dalej na podmokły teren, a ptaki, zdenerwowane naszym towarzystwem, odleciały w głąb świerkowej gęstwiny. Ich głosów mogliśmy za to słuchać do woli...
Bagno zwyczajne (Ledum palustre)
Fot. Jerzy Komar

Flora i fauna okiem laika

Od wschodu Oczko otacza pas brzóz, rosnących jeszcze na twardym gruncie, choć ich korzenie wzniesione są nad powierzchnię ziemi niczym u mangrowców, tworzących lasy namorzynowe.
Zapewne poziom wód okresowo sięga wyżej i wtedy brzozy wraz z kępami traw wśród korzeni tworzą wysepki. Kiedy zmierza się brzegiem mokradła w kierunku północno-zachodnim, można natrafić na całe kępy intensywnie pachnącego bagna zwyczajnego, natomiast w miejscach, gdzie rosną brzozy, można trafić na wspaniałe okazy koźlarza babki i tęgoskórów pospolitych. Brzegi samego jeziorka porastają gęsto torfowce i sit, natomiast taflę wody w niektórych miejscach pokrywają szerokie, płaskie liście grzybieni białych. W błotnistym gruncie wydeptują swoje ścieżki przedstawiciele zwierzyny płowej – jelenie i sarny, na jeziorze nocuje para kaczek krzyżówek. Przy pniu zwalonej przez wiatr sosny mieszka duży zaskroniec, a na drzewach przy drodze można spotkać wiewiórki.
Tyle udało nam się zaobserwować w środku dnia, ewentualnie tuż przed zachodem słońca. Potem koniecznie chcieliśmy sprawdzić, czy przed świtem będzie inaczej... Zauważymy coś jeszcze?

Po omacku przez las

Pole namiotowe pogrążone w głębokim śnie. Wychodzimy z przyczepy, starając się zachowywać jak najciszej. Niestety, psy właściciela campingu odprowadzają nas wzdłuż płotu, poszczekując entuzjastycznie. No trudno.
Do mokrych od rosy butów klei nam się piasek; żółty, jałowy piach drogi, którą maszerujemy. Las jest niedaleko, ledwie
Sosny o zachodzie słońca
Fot. Jerzy Komar
po drugiej stronie asfaltowej szosy. Niebo jest dalekie i czarne; na jego wschodnim skraju nad linią drzew otaczających jezioro nie widać jeszcze poświaty, zwiastującej bliski świt. Jest tak ciemno, że o mało nie przegapiamy odchodzącej w bok od asfaltu leśnej drogi, która powiedzie nas nad Oczko.
Zwalniamy kroku. Piaszczysta droga jest nierówna, korzenie drzew przecinają ją we wszystkich kierunkach; łatwo się potknąć. Gdzieniegdzie pozostały jeszcze kałuże po deszczu, który padał dwa dni temu. Idziemy, rozmawiając półgłosem, nasłuchując jednocześnie odgłosów lasu. Las w ciemności jest niesamowitym, tajemniczym, jakby zupełnie obcym miejscem. Czujemy się niemal, jakbyśmy niezaproszeni weszli do czyjegoś domu. Wokół panuje martwa cisza, zupełnie mi nieznana z podobnych lipcowych wypraw. W lipcu las budzi się już około trzeciej nad ranem. Czuję się niepewnie... czy to nasza obecność tak podziałała na mieszkańców lasu...? Zwietrzyli intruzów i wynieśli się w jakieś inne, spokojniejsze miejsce?
Postanawiamy być zupełnie cicho. Chwilami przystajemy i rozglądamy się; niedaleko od bocznych duktów, odchodzących od drogi, którą idziemy, wiemy, że jest polana, na której chętnie nocują jelenie. Kilka dni wcześniej, pewnego deszczowego popołudnia natrafiliśmy na to miejsce, osłonięte od drogi kępą świerków. Pięć, może siedem owalnych placyków, wytartych w mchu wskazuje legowiska zwierzyny. Odeszliśmy stamtąd czym prędzej, nie chcąc zakłócać spokoju zwierząt. Teraz jednak przystajemy na wysokości tego miejsca, nasłuchując czujnie. Las nadal milczy jak zaklęty...
Przed nami prześwit, nieco jaśniejsze miejsce wśród bukowego podrostu, nasadzonego między gonnymi sosnami. To świeża poręba wśród starodrzewu, za którą w ciemności majaczą drzewa otaczające Oczko.
Brzozy we mgle
Fot. Jerzy Komar

Ryki w ciemności

Wychodzimy z lasu na porębę. Brodzimy po kolana we mgle; siwy opar snuje się wokół nas, jakby chciał nas pochłonąć. Niebo na wschodzie nad linią starodrzewu traci obsydianową ostrość, nabiera miękkiej granatowej barwy, gwiazdy zdają się przygasać. Nadal jednak jest ciemno, choć oko wykol. Nic dziwnego, jest dopiero po czwartej. Dobrze, że ciepło się ubraliśmy, powietrze jest aż kłujące. A przyjdzie nam posiedzieć na porębie godzinę lub dłużej, zanim rozwidni się na tyle, że będzie można podejść na skraj moczarów nad Oczkiem.
Nagle blisko, po prawej stronie drogi, na porośniętym trawą pagórku coś się poruszyło i usłyszeliśmy chrapliwy, krótki ryk.
- Jeleń! – zidentyfikowałam natychmiast. Nic nie widzieliśmy w ciemności, ale wydawało się, że ryknął nam nad samym uchem. Ponieważ jako dziecko naczytałam się (i nasłuchałam) straszliwych myśliwskich opowieści o agresywnych, atakujących bez powodu jeleniach (i o ostrzegawczych rykach, poprzedzających atak), zareagowałam instynktownie i ryknęłam na jelenia. W odpowiedzi usłyszeliśmy tylko oddalający się tętent i trzask łamanych gałęzi...
Gdy fala adrenaliny, wywołana niespodziewanym (?) spotkaniem opadła, zrobiło mi się przykro, że przepłoszyliśmy piękne zwierzę. Jelenie i tak mają utrudnione bytowanie; będąc zwierzętami dziennymi, zmuszone są przestawić się na nocny tryb życia, ponieważ obecność ludzi w lesie sprawia, że czują się zagrożone (słusznie zresztą). Żerują więc nocami, przed świtem wracając do swoich kryjówek. Spotkać je żerujące w dzień można tylko w miejscach, gdzie czują
"Oczko" o świcie
Fot. Jerzy Komar
się bezpiecznie. Rok wcześniej, „polując” z aparatem na żurawie, spotkaliśmy rankiem trzy łanie pasące się na łące pod lasem, ale ponieważ znajdowaliśmy się w dość dużej odległości, nie zwróciły na nas uwagi. Ech, szkoda, że wystraszyliśmy tego samca... Szkoda, że przyszliśmy na porębę w porze, kiedy nie można było niczego ciekawego zobaczyć. Ot, nauczka na przyszłość...

Co widać z ambony

Po tym wszystkim poczuliśmy się jeszcze bardziej niepewnie. Zarozumialstwo „głównych drapieżników” gdzieś zniknęło, poczuliśmy się zagubieni i upokorzeni, jakbyśmy wracając do raju, zastali bramy zatrzaśnięte i stali tam, nie wiedząc, co z sobą począć. Czego chcecie, intruzi, zdawał się pytać milczący las. Po coście tu przyszli, wracajcie do cywilizacji, do swojego sztucznego środowiska. Idźcie sobie, nie pasujecie do nas!
Wdrapaliśmy się na ambonę myśliwską wzniesioną na skraju poręby. Chcieliśmy ze sceny usunąć się na widownię. Spodziewaliśmy się, że gdy do lasu powróci zakłócony przez nas spokój, rozegra się przed nami niezwykły spektakl. Przyszło nam na niego trochę poczekać, ale warto było zdrętwieć i zmarznąć na kość w tej drewnianej budce, byle tylko ujrzeć fascynujący teatr przyrody...

Koncert na dziesiątki głosów

Nie mieliśmy przy sobie dobrego sprzętu fotograficznego, może więc dzięki temu, zamiast pstrykać bez opamiętania, skupiliśmy się na milczącym i nieruchomym podziwianiu budzącego się świata. Chwilę po piątej, kiedy zrobiło się naprawdę zimno, nad starodrzewem po przeciwległej stronie poręby, niebo zaczęła rozświetlać poświata wstającego słońca. Jaśniało z minuty na minutę.
Po prawej ręce mieliśmy drogę u stóp pagórka, a za nią bezkształtną w mroku gęstwinę drzew nad Oczkiem.
Widok z ambony
Fot. Jerzy Komar
Stopniowo z ciemności zaczynały się wyłaniać sylwetki poszczególnych drzew, odcinając się coraz wyraźniej od płowiejącego nieba. Wskutek zmian temperatury mgła, wydostająca się ogromnymi falami z obniżenia terenu, gdzie znajdowało się jeziorko, zaczęła przemieszczać się szybciej, zagarnęła całą porębę, sięgając już między pierwsze drzewa. Oczko wyglądało jak ogromny parujący Kocioł, w pełni usprawiedliwiając swoją niemiecką nazwę; opar wydobywający się z niego osnuwał po korony otaczające jezioro sosny. Niebo lekko poróżowiało, czuby sosen nad Oczkiem zabarwiły się bursztynowo. Wstawał dzień, witany donośnym, metalicznym hejnałem żurawi, ukrytych gdzieś wśród błot.
Za nami, w młodniku za pasem starodrzewu dawały się raz po raz słyszeć chrapliwe, urywane ryki, przypominające ochrypłe basowe szczeknięcia. Odpowiadały im głosy jeleni z podmokłego lasu na południowy wschód od Oczka. Stwierdziliśmy, że w pobliżu muszą być dwa, może trzy samce, ponieważ ich głosy dobiegały z kilku stron. Kiedy milkły, odzywały się nocujące na jeziorku kaczki krzyżówki. Ich kwakanie przypominało śmiech do tego stopnia, że sami zaczęliśmy się śmiać. Nad porębą pojawiły się wszędobylskie wróble, wśród brzóz na wschodnim brzegu Oczka kwilił dzięcioł czarny. W kępie samotnych sosen zabrzmiał werbel dzięcioła zielonego...
Uśmiechnęliśmy się do siebie. Las przestał dostrzegać naszą obecność. Ale najpiękniejszy moment dopiero miał nadejść...

Tańczące żurawie

Byliśmy zmarznięci i niewyspani, a hipnotyczne falowanie bagiennego oparu na dnie lasu działało usypiająco. O mały włos, a przegapilibyśmy pojawienie się na scenie nowych aktorów...
Mam dobry wzrok, a ponieważ przeczucie mówiło mi, że możemy się spodziewać czegoś naprawdę niecodziennego,
"Oczko" o świcie
Fot. Jerzy Komar
czujnie obserwowałam okolice Oczka. Nagle wydało mi się, że na zasnutej oparem drodze biegnącej skrajem jeziorka, dostrzegam jakiś ruch... Spojrzałam uważniej. Tak, na wysypanej tłuczniem drodze stały dwa żurawie. Stały...? Raczej wykonywały coś w rodzaju majestatycznego, powolnego tańca. Stojąc naprzeciw siebie, wyginały szyje na wszystkie strony, potrząsały przypominającymi pióropusze ogonami, rozkładały i unosiły skrzydła. Patrzyliśmy zafascynowani. Rzadko dotąd mieliśmy okazję przyjrzeć się dokładnie żurawiom, bo są one, jak mówi ludowe powiedzenie, czujne jak żurawie. Często płoszyliśmy je niechcący, pojawiając się znienacka na łące, na której żerowały. A teraz mogliśmy do woli obserwować te piękne, płochliwe ptaki...
Żurawie skończyły poranny fitness i, złożywszy skrzydła, powędrowały dostojnie na drugą stronę drogi. Gdy zaczęły wspinać się powoli na stok porośnięty sadzonkami sosen, zauważyliśmy dalsze dwa ptaki, wyłaniające się z mokradeł jak zjawy. Były od poprzednich sporo mniejsze.
Ciągle było za mało światła dla naszego kiepskiego sprzętu fotograficznego, więc tylko w milczeniu obserwowaliśmy żerujące na porębie żurawie, brodzące we mgle, która zaczynała się już powoli rozpraszać.
Dopiero kiedy ptaki zniknęły nam z oczu pod samym lasem, zeszliśmy z ambony. Było na tyle jasno, że mogliśmy już bezpiecznie obejść mokradło i przekonać się, jakie nowe cuda przyrody będziemy mogli jeszcze zobaczyć...
Stronę zaprojektował Jerzy Komar