Kanał RSS

Katarzyna Komar 29-02-2012

Piorun

Zachęcona słowami uznania od Czytelników, postanowiłam napisać artykuł o kolejnym, ważnym dla nas miejscu. Tekstów traktujących o nim pojawi się z czasem na naszej stronie więcej, albowiem Jodłów – bo o tej wsi mowa – to miejsce absolutnie niezwykłe. Poniżej opowiem, jak tu trafiliśmy i dlaczego postanowiliśmy bywać tu jak najczęściej. Kto wie, może kiedyś się tu spotkamy..?

W poszukiwaniu nowych wrażeń

Jodłów - gałązka jodły pospolitej
Fot. Jerzy Komar
Od jesieni 2008 roku weekendy spędzaliśmy w Górach Suchych, Sowich i Kamiennych. W końcu zdecydowaliśmy, że pora ruszyć w nowe miejsca. Tutaj już obejrzeliśmy właściwie wszystko, co chcieliśmy zobaczyć (o czym opowiem kiedy indziej), przeżyliśmy kilka ciekawych przygód – w tym, niestety, większość tych nieprzyjemnych związana była z poszukiwaniem miejsca na nocleg.
Zanim znaleźliśmy niezły ośrodek (w Sokołowsku), wypróbowaliśmy kilka fatalnych, w tym jeden niedorzecznie drogi (w stosunku do jakości oferowanych usług) ośrodek w Rybnicy Leśnej. Ten był zdecydowanie najgorszy. Zmęczeni zdobywaniem zamku Rogowiec i okolicznych górek w pewien wietrzny listopadowy dzień, przybyliśmy zakwaterować się w zarezerwowanym pokoju. Do wieczora było całkiem nieźle. Złe przeczucia pojawiły się wieczorem, kiedy po korytarzach zaczęła grasować banda pijanych troglodytów (bo trudno inaczej ich nazwać), usiłujących wedrzeć się siłą do naszego zamkniętego na klucz pokoju. Do ich zamroczonych alkoholem umysłów nijak nie docierało, że pokój 5 to nie to samo, co 7. Dopóki któreś z nas nie otworzyło drzwi i nie wytłumaczyło dobitnie, że to właśnie my zajmujemy pokój 5 (nie Kazik, Ziutek ani Mariola) nie przestawali się dobijać, grożąc wyważeniem drzwi. Na stole położyliśmy najdłuższy nóż, jaki mieliśmy ze sobą. W końcu byliśmy sami, a „turystów” było całe piętro…
Po pewnym czasie już wiedzieliśmy, że Kazik zajmuje pokój 6, Ziutek 8, a Mariola z koleżankami pokój 10. Na kierowaniu zbłąkanych do właściwych pomieszczeń upływała nam noc. O spaniu nie było mowy. Uruchomiony przez palaczy alarm przeciwpożarowy wył godzinami;
Las na zboczu Kamiennego Garbu
Fot. Katarzyna Komar
nikt z obsługi nie pofatygował się go wyłączyć. Dodatkową atrakcją było regularne wywalanie korków, czemu towarzyszyły głośne klątwy błądzących między pokojami troglodytów.
Naprawdę, nie mogliśmy doczekać się rana…

Na koniec świata – i jedno drzewo dalej

Pomni tych zdobytych w bólu (zwłaszcza psychicznym) doświadczeń, ostrożnie wybieraliśmy nowe miejsce do wypróbowania w pewien majowy weekend 2009 roku. Po kilku godzinach buszowania w Internecie wytypowaliśmy wioskę na samym końcu świata; dalej był już tylko park krajobrazowy Masywu Śnieżnika. Są miejsca? Są! To rezerwujemy!
Droga trochę się nam dłużyła. Jazda ruchliwą krajową 8 nie należy do przyjemności. W Kłodzku ją co prawda opuściliśmy, ale 33 do Boboszowa wcale nie jest lepsza. W końcu w Roztokach z ulgą zjechaliśmy na podrzędną wiejską drogę. Widok kędzierzawych od lasów Sudetów Wschodnich, o szczytach skrytych w niskich chmurach, wynagradzał wszystko. Zagapieni na góry, w Goworowie skręciliśmy nie tam, gdzie trzeba; szybko się jednak zorientowaliśmy, że jedziemy w złą stronę. Natomiast już sama droga z Goworowa do Jodłowa wprawiła nas w graniczący z osłupieniem zachwyt. Jechaliśmy przez las, na szczyt Kamiennego Garbu. Między smukłymi bukami snuła się siwa mgła; wesołe, rozgadane strumyki wiły się między porośniętymi mchem skałkami. Z runa wytryskały jak zielone fontanny kępy paproci, kwitł biały szczawik zajęczy i żółta śledziennica skrętolistna. Górska przyroda dopiero rozkwitała pełnią uroku…
Kiedy zaczęliśmy już podejrzewać, że drogowskaz „Jodłów – 4” ktoś ustawił w Goworowie dla żartu, wyjechaliśmy z lasu na otwartą przestrzeń. Teraz pozostało odnaleźć ośrodek, w którym mieliśmy rezerwację. Ale najpierw zatrzymaliśmy się na parkingu, żeby z góry podziwiać zatopioną we mgle cudną Kotlinę Kłodzką.

Pech?

Właścicieli ośrodka akurat nie było. Wyszli gdzieś na chwilę. W ich imieniu przywitał nas wielce rezolutny dżentelmen
Widok na Kotlinę Kłodzką
Fot. Jerzy Komar
w wieku wczesnoszkolnym. Z wielkim zaangażowaniem czynił honory domu, bardzo zresztą ciekawie urządzonego. Żeby chłopca nie stresować, wyszliśmy na dwór, rozejrzeć się po okolicy. Wkrótce właściciele powrócili. Okazało się, że nasza rezerwacja nie istniała! Ponadto w ośrodku spodziewano się mającej przyjechać lada chwila dużej grupy turystów – wobec tego o jakichkolwiek wolnych pokojach nie mogło być mowy…
Ręce nam opadły. Wieś bardzo nam się spodobała, ale wyglądało na to, że będziemy musieli poszukać kwatery gdzie indziej. A ponieważ było późne piątkowe popołudnie, właściwie mogliśmy od razu zapakować się z powrotem do auta i ruszać do Wrocławia. Szanse na znalezienie jakiegoś lokum były niemal zerowe. Przerabialiśmy to już wcześniej…
Właściciele ośrodka naradzali się półgłosem. I znaleźli rozwiązanie. Już po chwili nasz małoletni gospodarz prowadził nas na kwaterę do zaprzyjaźnionego gospodarstwa, które od czasu do czasu udostępniało pokoje dla gości. Tego się nie spodziewaliśmy. Odziani byliśmy dość mrocznie: skóry, bluzy z nazwami metalowych zespołów; słowem, „szataniści” – wzrok dziki, suknia plugawa… Już sobie wyobrażaliśmy, jak przyjmie nas prowadząca gospodarstwo starsza pani…

Sto gwiazdek

Nie tylko jej reakcji się zresztą obawiałam. Mając nie najlepsze doświadczenia związane z pobytem w podobnych kwaterach, podejrzliwie oglądałam schludny biały domek, stojący tak blisko drogi, że z ganku wychodziło się wprost na
Łąka przy czerwonym szlaku
Fot. Katarzyna Komar
asfalt. Domek jednak wyglądał przyjaźnie i był zadbany. Spodobał mi się; tak, jak podobały mi się rosnące po drugiej stronie drogi drzewa, opierające się niemal o ścianę remontowanej właśnie stodoły. Były to jawor i lipa; stare, dziuplaste i omszałe. Parsknęliśmy śmiechem na widok rudej kury, wyłażącej z dziupli u dołu pnia. Ona jednak, niezrażona, przedefilowała dostojnie przed nami, gdacząc coś do siebie.
W ogóle wszystko w obejściu wydało nam się sympatyczne. Od witających nas z zapałem psów (i kota) po stojące w karnym szeregu wysłużone ciągniki (w tym jeden leśny) i maszyny rolnicze. Na łące za nimi pasł się zimnokrwisty kasztan o konopiastej grzywie. On jeden zdawał się nie zwracać na nas uwagi. Jak się później okazało, tylko pozornie…
„Starsza pani” okazała się być dziarską, wesołą osobą o ciepłym uśmiechu. Nawet nie mrugnęła okiem, widząc na swoim progu mrocznych „szatanistów”. Zaraz zaprowadziła nas na górę, pokazać pokoje. Wszystkie były wolne. Zajęliśmy więc pokój od południa, z widokiem na ogród. Zapłaciliśmy, porozmawialiśmy chwilę z gospodynią, po czym ulokowaliśmy się w pokoju. Nasze rzeczy wraz z samochodem pozostały na parkingu, trzeba było jeszcze po nie pójść.
Umeblowanie pokoju było standardowe – dwa łóżka, stolik, krzesło, szafa. Na ścianach sielskie obrazki – widoczek z leśnym młynem, jeziorko, wodospad. W pokoju była też maleńka, wysprzątana do połysku łazienka z prysznicem. Zaś za oknem… jodły, świerki, modrzewie i brzozy, leśne kwiaty pochylające się nad strumykiem, przecinającym starannie przystrzyżony trawnik. Za drewnianym płotem otaczającym ogród, daleko w dole, widniała wieś, zatopiona w siwym oparze. Ze stoków gór, przez las, spływały na łąkę powyżej domu chmury jak szara, niepowstrzymana fala,
Piorun na łące
Fot. Jerzy Komar
zagarniająca trawę i pasące się na niej stada krów. Widok nie do opisania…
Spróbowaliśmy jednak ocenić całokształt. Według naszych standardów, kwatera zasługiwała na równe sto gwiazdek. A nocą ponad chmurami zaświeciło ich dla nas nieskończenie więcej…

Piorun

Kiedy uporaliśmy się już z naszymi bagażami, postanowiliśmy wyjść jeszcze na krótki spacer, póki było jasno. Gdy tylko wyszliśmy przed dom, usłyszeliśmy czyjeś ciężkie człapanie i posapywanie.
Ktoś jeszcze chciał się z nami przywitać. Ważący ponad osiemset kilogramów młody ogier sokólsko-sztumski wydostał się ze swojego padoku i zmierzał w naszą stronę, stukając o asfalt leśnymi podkowami.
Sporo mamy do czynienia z końmi, ale ten ogier budził nasz respekt, mimo, że konie zimnokrwiste to przeważnie ostoje spokoju i wcielenia łagodności. Ten w dodatku wydawał się być dość dobrze wychowany. Zachowywał się spokojnie i powściągliwie, chociaż badał nas z żywą końską ciekawością. Nie był nachalny, jak często bywają rozpieszczone konie. Kiedy daliśmy mu do zrozumienia, że powitanie skończone i chcielibyśmy pójść dalej, oddalił się bez protestu, choć z godnością. Konie tych rozmiarów dość często są, niestety, świadome swej siły i próbują się przepychać i napierać. Piorun natomiast, bo tak miał na imię ogier, nie zwykł tracić sił na głupie przepychanki; oszczędzał je do pracy. Ciężkiej pracy w lesie i gospodarstwie.
Ten koń zresztą miał nas zaskoczyć jeszcze nieraz…
Szczęśliwe konie
Fot. Jerzy Komar

Pierwszy spacer

Pierwszy nasz spacer po Jodłowie i okolicy był z konieczności krótki. Oglądaliśmy stare, rozpadające się chałupy, budowane pół z drewna, pół z kamienia, pamiętające czasy, gdy Jodłów był jeszcze osadą tkaczy, a okoliczne pola, obsiane lnem, błękitniały jak odbicie nieba. Po niektórych gospodarstwach pozostały tylko fragmenty zburzonych ścian z polnego kamienia, porośnięte mchem. Pozostałe z dawnych sadów pochylone wiekiem sędziwe grusze i jabłonie dumają nad upływem czasu.
Widok smutny - choć nie bolesny - i miły zarazem. Miły, jak pogodna majowa melancholia. A smutny, bo prawdą jest, że Jodłów, podobnie jak wiele górskich wsi na Dolnym Śląsku, stopniowo się wyludnia. Powstają wprawdzie nowe domy, ale mało kto osiedla się tu na stałe. Właściciele tych domków przyjeżdżają tu ledwie na parę tygodni (a czasem tylko dni) w roku. Wieś, ciągnąca się kilometrami, liczy więc tak naprawdę ledwie kilkudziesięciu mieszkańców…
Sporo zainteresowania okazywały nam zwierzęta. Rozbawione psy towarzyszyły nam całym stadem. Pasące się leniwie na łąkach krowy patrzyły na nas z flegmatyczną ciekawością, kiedy je mijaliśmy. My, nawzajem, gapiliśmy się na nie. Ich sierść była czysta, niesplamiona bodaj źdźbłem nawozu. Nic dziwnego, nie tkwiły przecież w niesprzątanych tygodniami przemysłowych oborach, tylko wylegiwały się na świeżej, pachnącej trawie. Tam się cieliły, tam były dojone.
Postrach kierowców
Fot. Jerzy Komar
Zamiast kompulsywnie kontrolować wszystko z zegarkiem i termometrem w garści, ufnie zostawiono Naturze to, co mogła rozstrzygać sama…
Coraz bardziej nam się w Jodłowie podobało.

Drzemka

Dzień coraz wyraźniej chylił się ku wieczorowi. Trzeba było wracać na nocleg. Schodząc z lasu do wioski, ujrzeliśmy przedziwny widok: na środku drogi, tarasując ją całkowicie, stał Piorun.
Drzemał sobie w najlepsze. Uszy luźno mu zwisały, opuszczona dolna warga odsłaniała różowe dziąsła. Przystanęliśmy zdumieni. Nigdy dotąd nie widzieliśmy konia śpiącego na środku drogi…
Z dołu, od strony wsi, nadjechał samochód. Zatrzymał się o parę kroków od konia. Piorun zastrzygł uszami, ale nadal trwał nieporuszenie na swoim miejscu. Kierowca zatrąbił krótko, bez najmniejszych oznak złości czy zniecierpliwienia. Piorun otworzył oczy, łypnął na samochód z urazą i powoli, z namysłem, przesunął się o dwa kroki. Zrobił tylko tyle miejsca, by samochód zdołał się przecisnąć między nim a ogrodzeniem łąki. Tylko tyle – i ani centymetra więcej. Jego lekceważenie dla spraw tego świata było aż monumentalne. A i tak nie pokazał jeszcze wszystkiego, na co go było pod tym względem stać…

Koń zdechł!

Sobotnim rankiem krzątałam się po kuchni, przygotowując śniadanie i prowiant na planowaną wycieczkę w góry. Kuchnia była wspólna dla wszystkich gości gospodarstwa, nieźle wyposażona. Jej okna wychodziły na znajdujące się po drugiej stronie drogi podwórze, więc podczas przygotowywania posiłku mogłam przyglądać się pracy w
Tylko kołyszą się złote muszki, tylko woda drży w słońcu - zielona... 1
Fot. Jerzy Komar
gospodarstwie. W pewnej chwili zauważyłam coś, co sprawiło, że zostawiłam na patelni przypalające się grzanki, gotowa biec na dół i udzielić pierwszej pomocy weterynaryjnej. Piorun chyba zdychał!
Takie odniosłam wrażenie w pierwszej chwili. No bo co można pomyśleć o koniu, zwierzęciu przecież nieprzeciętnie płochliwym, kiedy rozkłada się jak długi przy samej drodze, ignorując kompletnie przejeżdżające mu przy samej głowie samochody, sypiące spod kół kawałkami tłucznia.
Odetchnęłam z ulgą dopiero wtedy, kiedy zobaczyłam, że Piorun macha leniwie ogonem, oganiając się od much.
A po chwili, gdy podbiegł do niego pies sąsiada i hałaśliwie obszczekując, zachęcał do zabawy, Piorun doszedł do wniosku, że to miejsce kompletnie się na drzemkę nie nadaje. Jednym ruchem poderwał się na nogi i odszedł w stronę swojej stajenki.
Uff. Czyli jednak zdrowy. Ale grzanki spaliły się na węgiel…

Po szlakach i na szagę

Dzień był niestety mocno pochmurny. Od czasu do czasu mżył drobny deszczyk. Nie wybieraliśmy się więc nigdzie daleko, tylko z GPS-em u szyi ruszyliśmy na niebieski szlak, potem zeszliśmy z niego na żółty, którym dotarliśmy do przełęczy pod Puchaczem. Stamtąd drogami pożarowymi (czyli na szagę) wróciliśmy na idący do wsi szlak niebieski. W sobotę niewiele pospacerowaliśmy, ale za to niedziela trochę nam to wynagrodziła.
Przed powrotem do Wrocławia udaliśmy się na kilkugodzinną wycieczkę w góry. Czerwonym szlakiem w kierunku czeskiej granicy dotarliśmy do źródeł Nysy Kłodzkiej, a potem jeszcze wspięliśmy się na Trójmorski Wierch. Wieża na nim dopiero powstawała. Właściwie miała wylane dopiero fundamenty. Ale kiedy przyjechaliśmy do Jodłowa znów, była już ukończona. Ze szczytu powiewały flagi polskie i czeskie… Naprawdę,
Zachód słońca nad łąkami
Fot. Jerzy Komar
sympatyczny widok.
Przysiedliśmy na chwilę na skalnym rumowisku, patrząc na wioskę daleko w dole. Byliśmy pewni, że jeszcze nieraz tu przyjedziemy. W gospodarstwie, gdzie nocowaliśmy, i na leśnych szlakach znaleźliśmy spokój, jakiego nie znaliśmy wcześniej. Tutaj czas płynął zupełnie inaczej - dla ludzi i dla zwierząt. Ale teraz już musieliśmy wracać do Wrocławia, do pracy, szkoły… Rzadko kiedy czuliśmy do tego mniej zapału.

Z jasnego nieba

Droga na dół wiodła przez szczyt Puchacza i przełęcz pod nim. W mniej niż dwie godziny byliśmy z powrotem we wsi. Samochód czekał już zapakowany i gotowy do drogi. Pożegnanie z gospodynią przeciągnęło się nieco – nie mogliśmy się dość nagadać. Wymieniliśmy się numerami telefonów, obiecując się wkrótce skontaktować i przyjechać znów na parę dni.
Pasący się na łące przy domu Piorun podniósł ciężki łeb i patrzył za nami. Jak zwykle, był bardzo z siebie zadowolony. Chyba tego nie wiedział, ale trafił nas jak grom… jak Piorun z jasnego nieba.

  1. Sarna Leśnej Ciszy, J. Krakowski
Stronę zaprojektował Jerzy Komar