Kanał RSS

Katarzyna Komar 24-04-2012

Tajemnica Parnasu - cz.II

To miał być zwykły spacer po lesie. Spacer, jakich w wolne weekendy odbyliśmy już dziesiątki. Pogoda wprawdzie nie nastrajała do przechadzek, ale miło było wyrwać się choć na parę godzin gdzieś na odludzie, zapomnieć o
Tunel w parku
Fot. Jerzy Komar
powszednim gwarze nadmiernie tętniącego życiem Wielkiego Miasta. Ale czemu ze wszystkich lasów w okolicy wybraliśmy akurat tyniecki? Przypadek, zwykły przypadek...
Wyjechaliśmy z Tyńca, minęliśmy zjazd na Tyńczyk i ulicą Kłodzką pojechaliśmy w kierunku Jordanowa. Zaparkowaliśmy auto tuż za wsią, przy wjeździe do lasu. Obwieszeni aparatami fotograficznymi poszliśmy na przechadzkę. Nacieszywszy oczy do woli żółknącymi modrzewiami i widokiem Ślęży w słońcu (raczyło się na chwilę objawić), zawróciliśmy ku miejscu, gdzie zostawiliśmy samochód, żeby zostawić w aucie część sprzętu i na zakończenie wycieczki pójść jeszcze na parkowe wzgórze ( 189 m n.p.m.). Zdziczały park tyniecki płynnie przechodzi w las, który kończy się na granicy gminy Kobierzyce z gminą Jordanów. Na wzgórze od strony wsi prowadzi stara lipowa aleja. Tamtędy zamierzaliśmy zejść, na pagórek wdrapaliśmy się od strony lasu. Przeszliśmy na wpół zawalonym tunelem o ścianach zbudowanych z kamiennych łupków (zdaje się, pochodzących z Pustkowa Wilczkowskiego), malowniczo porośniętych bluszczem. Omijając głębokie wyrobiska piasku, wydrążone w zboczach wzgórza, weszliśmy na szczyt, gdzie kilka smukłych daglezji znaczy miejsce pochówku dawnych właścicieli tynieckich dóbr.
Bluszcz pospolity (Hedera helix)
Fot. Jerzy Komar
Właściwie to, przechodząc obok lipową aleją, ciężko się zorientować, że pod daglezjami znajdują się w ogóle jakiekolwiek mogiły. Grobowce są zrujnowane, zarośnięte jeżynami i bluszczem. Przez potrzaskane płyty nagrobne, pozbawione epitafiów, przez dziury wykute w ceglanych ścianach grobowców widać wnętrze mogił. Jedna jest pusta, zasłana odłamkami cegieł i zeschłymi liśćmi rosnących w pobliżu jesionów. Druga na wpół zasypana piachem, skoszoną trawą, którą ktoś tu wywiózł, pudełkami po papierosach, puszkami po piwie i najróżniejszymi innymi śmieciami.
Pierwszy raz w tym miejscu byłam przed kilkunastu laty, w towarzystwie znajomego historyka. I wtedy zaglądaliśmy do pustych mogił przez dziury w ścianach. Zrujnowane grobowce czyniły na mnie przygnębiające wrażenie. Ale byłam przekonana (i ów historyk zresztą też), że groby otworzyli ludzie do tego uprawnieni, żeby dokonać ekshumacji i przenieść zwłoki na cmentarz lub do kościelnych krypt. Mogiły były przecież puste. Za każdym razem, kiedy odwiedzałam to miejsce, były tak samo puste (chociaż przybywało w nich śmieci). To czemu w tamten Dzień Zaduszny nie były…?

Sic transit gloria mundi…

Znowu, jak zawsze na zakończenie wędrówki po lesie tynieckim, podeszliśmy do grobowców. Patrząc na zniszczone nagrobki, przypomniałam sobie wymuskany cmentarz przy kościele. Zrobiło mi się przykro.
O tych mogiłach w lesie nikt nie pamięta, nikt o nie nie dba, a wręcz przeciwnie. Zdewastowane, zasypane śmieciami miejsce pochówku dawnych właścicieli tych ziem. Sic transit gloria mundi, pomyślałam. Cóż, skoro zwłoki zostały stąd zabrane, to i nie ma potrzeby dbać o puste groby…
Zajrzałam do środka przez dziurę w rozbitej płycie. Na dnie grobowca, jak przed laty, na gołej, czarnej ziemi poniewierały się odłamki cegieł, pożółkłe liście, połamane gałązki. Gałązki? Te brązowe, płaskie, wygięte łukowato
Pałac tyniecki (obecnie już nieistniejący) 1
wg A. Dunckera
patyczki, to z pewnością żebra… Ten prosty kijek w cieniu pod jedną ze ścian… przecież to kość ramienna! A tam, to w kącie, co początkowo wzięliśmy za kawał zardzewiałego metalu, to fragment kości miednicy…
Gorączkowo rzuciliśmy się robić zdjęcia. Głównie telefonem komórkowym; aparaty, fotograficzne, które mieliśmy ze sobą, były analogowe. A zdjęcia potrzebowaliśmy mieć natychmiast. Przecież tego nie można było tak zostawić, trzeba było to komuś zgłosić, powiedzieć… Tylko komu…?

To nie moja sprawa

Z dzieciństwa pamiętałam sytuację, że kiedy przy moim kościele parafialnym, przy samym wejściu do głównej nawy znaleziono ludzkie kości, wymyte przez deszcze z ziemi, proboszcz natychmiast zajął się przeniesieniem szczątków do kościelnej krypty. Wystarczyło, że zgłosili mu to parafianie; następnego dnia po zgłoszeniu kości przed wejściem już nie było. Pomyślałam, że pewnie i tutejszy ksiądz zechce dopilnować, żeby szczątki ludzkie ze zdewastowanych grobowców, szczątki dawnych właścicieli tych ziem, dobroczyńców tego kościoła, znalazły godne miejsce spoczynku. No cóż...
Po krótkiej naradzie postanowiliśmy wrócić do wsi i udać się do księdza, naradzić się z nim, co można zrobić, jak zadbać o zbezczeszczone miejsce pochówku. Zostawiłam więc Jerzego w samochodzie z laptopem, na który zgrywał
Grobowiec na tynieckim Parnasie
Fot. Jerzy Komar
zdjęcia z mojego telefonu, aby można je było pokazać księdzu. Ja natomiast poszłam do kościoła, gdzie właśnie kończyła się msza.
Na dziedziniec przed gotycką świątynią weszłam akurat w chwili, gdy ludzie wychodzili już z kościoła. Weszłam do środka i usiadłszy w jednej z ławek czekałam, aż ksiądz skończy rozmawiać z paniami z kółka różańcowego. Kiedy poszedł do zakrystii, ruszyłam za nim.
Przy wejściu do zakrystii, na zewnątrz kościoła, zebrało się kilka osób. Zajęłam swoje miejsce na końcu kolejki. Szybko poszło. Zapukałam do masywnych drzwi, otworzył mi ksiądz. Najwyraźniej spieszył się do wyjścia, więc streściłam sprawę w największym skrócie. W miarę słuchania oczy księdza robiły się coraz większe. Wydawał się wystraszony.
  • I co, wystraszyła się pani, jak znalazła te kości? – spytał, próbując się uśmiechnąć.
  • Nie, proszę księdza. Na studiach mam kontakt ze zwłokami w różnym stopniu rozkładu, więc ten widok mnie nie przeraził. Ale owszem, zrobił na mnie wrażenie. Bardzo przykre.
  • No tak... No to może powinna pani to zgłosić w sanepidzie, albo archeologom, niech oni się tym zajmą. Bo to oni są od tego, prawda? No, co ja pani pomogę. Ja nie znam nawet tego miejsca. No, żegnam, żegnam.
Ksiądz prawie przebiegł obok mnie, nie odpowiadając na moje, ironiczne cokolwiek, „szczęść Boże”. Patrzyłam za nim,
Otwarty i wyszabrowany grób
Fot. Jerzy Komar
zaskoczona jego spieszną ucieczką. Zniknął za furtką w kościelnym murze. Na furtce był napis: „Uwaga, zły pies”.

Kogo to obchodzi

Stałam tak chwilę pod drzwiami zakrystii, nie bardzo wiedząc, co robić dalej. Przeżywałam jeszcze odbytą rozmowę z księdzem. Zastanawiałam się nad tym, jak to możliwe, że ksiądz nie ma pojęcia, gdzie znajdują się cmentarze, groby i inne miejsca pamięci w parafii, w której służy. I nad tym, że tak niefrasobliwie zdał troskę o miejsce pochówku, miejsce przecież poświęcone, na mnie, obcą osobę, przyjezdną. Czy do mnie należy opieka nad zdewastowanymi grobami w jakiejś dalekiej wsi..? Nie ma na miejscu nikogo, kogo by ta sprawa obchodziła..?
Szybko doszłam do wniosku, że jednak to jest moja sprawa. Nasza. Bo nas obchodzi los tych sponiewieranych szczątków. Ciężko by nam było żyć ze świadomością, że nie zrobiliśmy nic, by zadbać o te zbezczeszczone mogiły. Wbrew sugestiom księdza, nie zamierzałam jednak zgłaszać znaleziska archeologom ani sanepidowi. Ani kości nie były tak stare, żeby zainteresować archeologów, ani nie stanowiły zagrożenia epidemiologicznego, które mogłoby wzbudzić zainteresowanie sanepidu.
Sama już potem nie wiedziałam, czego się spodziewałam po rozmowie z księdzem. Zrozumiałam, jak wielką naiwnością z mojej strony było sądzić, że te sponiewierane szczątki zostaną przeniesione w godne miejsce pochówku, jak to się zdarzyło z kośćmi ludzkimi znalezionymi przed moim kościołem parafialnym. Nasz proboszcz nie robił z tego
Zbezczeszczone miejsce pochówku
Fot. Jerzy Komar
najmniejszego problemu...
Przez chwilę miałam ochotę krzyczeć, i to tak, żeby cała Polska usłyszała. Co będzie się działo z nami, gdy my z kolei zostaniemy zdani na czyjąś łaskę i niełaskę? Czy ktoś chciałby tak spoczywać po śmierci? W zburzonym, zasypanym śmieciami grobie? Ktoś może powiedzieć, że to żadna różnica, gdzie i jak się będzie pochowanym. Ale gdy rozglądałam się wokół, po wymuskanym, wysprzątanym cmentarzu przykościelnym zrozumiałam, że ludzi jednak to obchodzi. Mają nadzieję, że gdy kiedyś sami spoczną w poświęcanej ziemi, ktoś zadba o ich groby, zapali znicz, uprzątnie śmieci. Głównie dbają jednak o mogiły bliskich, przyjaciół; ile przecież widuje się zaniedbanych grobów, podczas gdy sąsiednie mogiły wyglądają niemal jak kwitnące klomby. A już zupełnie nikogo nie obchodzi nikogo zrujnowana mogiła gdzieś w głębi lasu. Można ją okraść, zasypać śmieciami, sprzedać wszystko, co się da z niej sprzedać; nagrobki, rzeczy zmarłych, niektóre szczątki...
Otóż nie. Nie można. Skoro zwykła ludzka przyzwoitość i współczucie nie jest w stanie powstrzymać podobnych zapędów, jest jeszcze prawo. Albowiem żyjemy w państwie prawa.
W każdym razie tak mi się wydaje.

Co dalej?

Wróciłam do samochodu. Jerzy zdziwił się, widząc mnie samą. Miał nadzieję, że ksiądz przyjdzie ze mną. Gdy mu powtórzyłam rozmowę z kapłanem, uznał, że faktycznie byliśmy naiwni. Spojrzałam na zdjęcia na ekranie laptopa. Mimo nędznej jakości (a może właśnie dzięki niej) wyglądały makabrycznie...
Z przejęciem naradzaliśmy się, co zrobić. Gdzie pójść, do kogo. Do sołtysa? Nie, pewnie będzie to samo. Prokurator,
Kość ramienna (humerus)
Fot. Jerzy Komar
policja? W końcu mamy do czynienia z popełnieniem przestępstwa... Wreszcie zdecydowaliśmy, że zgłosimy to na policję.

Komenda Policji na Dworcu Głównym we Wrocławiu

Poniedziałek, 3 listopada. Urwałam się z zajęć na uczelni, chyba nie wysiedziałabym tam do końca wykładów. Stoję niepewnie przy wejściu do dworca. Akurat jak na złość nie widzę żadnych funkcjonariuszy, z którymi mogłabym porozmawiać, zapytać się, czy mogę tutaj złożyć zawiadomienie, czy też może powinnam przejechać się do Kobierzyc, bo Tyniec nad Ślęzą to ich rewir. A, raz kozie śmierć. Najwyżej odeślą mnie do Kobierzyc.
Idę na posterunek. Dyżurnemu oficerowi spokojnie i rzeczowo opowiadam, o co mi chodzi. Wygląda na przejętego. Pyta, skąd wiem, że to ludzkie szczątki. Odpowiadam, że na studiach nauczyłam się szczegółów anatomii zwierząt domowych i wiem, że na pewno nie są to kości żadnego ze zwierząt gospodarskich czy też towarzyszących. Wyciągam telefon, na karcie wciąż mam zdjęcia. Chcę je pokazać. Nie, nie trzeba. Oficer na mapie sprawdza, do którego posterunku należy rewir w Tyńcu nad Ślęzą. Okazuje się oczywiście, że do kobierzyckiego. Policjant podpowiada, że powinnam zgłosić się na komendę na Krzykach, kobierzycki posterunek podlega pod nią. Czyli miałam rację. Dobrze w każdym razie, że nie muszę zasuwać do Kobierzyc.

Komenda Policji Wrocław - Krzyki

Chwilę to trwało, zanim znalazłam ulicę Kasztanową, gdzie mieści się komenda. W korytarzu czeka kilka osób. Policjantów nie widać. Siadam na wolnym krześle pod ścianą, wyciągam notatki do kolokwium. Wygląda na to, że trochę czasu będę musiała tu spędzić, więc spędzę go z pożytkiem...
W końcu pojawia się policjant. Szybko zajmuje się sprawami przybyłych ludzi. Jakaś kobieta chciała odwiedzić syna,
Kość ramienna (humerus)
Fot. Jerzy Komar
który siedzi w areszcie, jakiś mężczyzna przyszedł odebrać znaleziony portfel, inny zgłasza kradzież samochodu. Ot, policyjna codzienność. Staram się skupić na notatkach, ale jestem za bardzo zdenerwowana. Nie jestem pewna, jak mnie potraktują. Poważnie, czy zbędą mnie byle czym. Znajomi opowiadają różne historie, różne rzeczy też czyta się w gazetach. Czuję się niepewnie.
  • Słucham panią – policjant za szybą z uśmiechem zwraca się do mnie.
Podchodzę i wyjaśniam, co mnie tu sprowadza. Policjant słucha i poważnieje. Znalezione w lesie ludzkie szczątki to poważna sprawa. Nawet jeśli leżą w miejscu, które kiedyś było grobowcem. Nawet jeśli wyglądają na bardzo stare. Nie można mieć ot tak pewności, że leżą tam od zawsze. Zwłaszcza, gdy wspominam, że przed laty ich tam nie widziałam...
Policjant pyta tylko, skąd wiem, że to ludzkie kości. Na pewno nie pomyliły mi się ze zwierzęcymi? Powtarzam to, co powiedziałam oficerowi na Dworcu Głównym. I dodaję, że mam przy sobie zdjęcia. Policjant nie ma więcej pytań. Prosi, żebym usiadła i poczekała na technika i oficera dochodzeniowego. Pojedziemy razem na miejsce.

Załatwione...?

Godzina. Półtorej. Ludzie wchodzą i wychodzą, załatwiają swoje sprawy, a ja tkwię tu jak wazon. No trudno. Technik jest w terenie, zajęty czymś. Zależy mi, żeby jak najszybciej tę sprawę załatwić, powierzyć ją komuś, kto ma
Fragment miednicy (os coxae)
Fot. Jerzy Komar
uprawnienia i potrafi się tym zająć. Czekam cierpliwie.
  • Nie, wie pani co, technika wyślemy tam później. W ogóle to koledzy z Kobierzyc się tym zajmą, oni znają teren, my nawet nie wiemy, gdzie to jest – policjant, z którym rozmawiałam wcześniej, znów przyszedł. – Nie ma sensu, żeby pani tu siedziała. Spiszemy zeznanie, weźmiemy pani dane, jak będzie potrzeba, to ktoś do pani zadzwoni. Albo przyjadą po panią, żeby pani im pokazała to miejsce. Dobrze?
Pewnie, że dobrze. Czuję ulgę. Ktoś się tym w końcu zajmie. No, co właściwie innego mogę zrobić?
Po spisaniu zeznań żegnam się z policjantem. Idę na najbliższy przystanek tramwajowy i jadę do domu. Wykłady już się dawno skończyły.

Patrol

Przez następne dwa dni nie rozstawałam się niemal z telefonem. Na biurku leżała rozłożona mapa gminy Kobierzyce, z zaznaczonym na niej wzgórzem w Tyńcu nad Ślęzą. Doczekałam się. Telefon zadzwonił.
  • Dzień dobry, funkcjonariusz X z posterunku policji w Kobierzycach – powiedział głos w słuchawce. - Jedziemy właśnie sprawdzić to miejsce, o którym pani mówiła. Może nam pani dokładnie powiedzieć, gdzie to jest? Jak pani tam trafiła?
  • Jechaliśmy ulicą Kłodzką do końca wsi. Zaraz za nią zaczynają się pola, po prawej stronie od ulicy odchodzi polna droga w kierunku zabudowań dawnego PGR, a na tej samej wysokości po lewej stronie jest zaniedbana aleja, prowadząca do dawnego parku – tłumaczyłam, mówiąc dużymi literami. - Tą drogą trzeba iść aż na szczyt
    Żebro (costa) i zęby (dentes)
    Fot. Jerzy Komar
    wzgórza, tam po lewej stronie od drogi będzie kępa drzew iglastych, a pod nimi widoczne ze ścieżki coś jakby resztki zabudowań. To właśnie tam.
  • Dobrze, dziękuję pani. Jakbyśmy nie mogli trafić, zadzwonimy jeszcze raz. Ulica Kłodzka, mówi pani?
  • Tak, Kłodzka. Proszę dzwonić, jak będzie potrzeba. Do widzenia.
Na tym mniej więcej rozmowa się skończyła. Trochę dziwnym mi się wydało, że policjanci, których rewir obejmuje kilka wiosek na krzyż nie orientują się, co gdzie jest i że ja, przyjezdna, lepiej od nich wiem, jak gdzie trafić. Ale potem pomyślałam sobie, że ostatecznie policja nie ma obowiązku wałęsać się po lasach (to, że my lubimy się powłóczyć gdzieś z dala od ludzi, nie znaczy, że każdy lubi); pole do działania zapewne częściej znajduje w miejscach zamieszkanych. Chociaż i w lasach dzieją się rzeczy, które stróżów prawa powinny zainteresować...
Czekałam jeszcze, czy aby policjanci nie będą dzwonić ponownie, bo najwyraźniej nie znali tego miejsca. Mijał dzień za dniem, nikt z policji więcej nie zadzwonił. Założyłam więc, że patrol trafił na miejsce, sprawa jest rozwiązana. O tym, jak bardzo się myliłam, przekonałam się jednak, niestety, duuużo później...

  1. Alexander Duncker Die ländlichen Wohnsitze, Schlösser und Residenzen der ritterschaftlichen Grundbesitzer in der preußischen Monarchie nebst den Königlichen Familien-, Haus-Fideicommiss- und Schatull-Gütern in naturgetreuen, künstlerisch ausgeführten, farbigen Darstellungen nebst begleitendem Text, 1857-1883
Stronę zaprojektował Jerzy Komar