Kanał RSS

Katarzyna Komar 31-05-2012

Tajemnica Parnasu - cz.III

Ponury październikowy dzień. Mieliśmy go poświęcić na załatwianie różnych swoich zaległych spraw, uczelnianych i innych. Ponieważ uwinęliśmy się z tym nadspodziewanie szybko, mieliśmy przed sobą niemal pół dnia, którego nie chcieliśmy spędzać w Wielkim Mieście. Błyskawicznie zapadła decyzja: jedziemy. Gdzieś. Najlepiej do lasu. No to tradycyjnie – Sobótka, może Radunia. Zabieramy kanapki, termos z herbatą, całe mnóstwo ciepłych ubrań – pogoda nie sprzyja wypadom; jest zimno, pochmurno i wietrznie. Jeszcze telefon do znajomego, którego zamierzamy odwiedzić w tamtej okolicy, umawiamy się na 18. Mamy mnóstwo czasu. I trochę niepozałatwianych spraw w tamtej stronie...
Jedziemy na Sobótkę, ale trochę okrężną drogą. Przez Tyniec nad Ślęzą i okolice Jordanowa Śląskiego. W Tyńcu nie
Św. Jan z Nepomuk
Fot. Jerzy Komar
byliśmy blisko dwa lata od pamiętnego spaceru, chcemy sprawdzić, co się zmieniło. Chcemy wykonać kilka zdjęć unikalnych tynieckich zabytków. Pod Jordanowem z kolei mamy do odnalezienia widziany kiedyś stary folwark, tylko gdzie to było...? Jezierzyce, Pożarzyce...? Nie mogę sobie przypomnieć. Ale to nic, odtworzymy przebytą wówczas trasę i znajdziemy...
Najpierw jednak Tyniec. Wiekowa zielona cytrynka, następczyni nieodżałowanej czerwonej cytrynki, którą odbyliśmy poprzednią podróż do tej wsi, dzielnie znosi jazdę po brukowanej tynieckiej szosie. Kierowca jadący z przeciwka mrugnął światłami, a może tylko jego ogromny suv kiwnął się na wybojach... Wjeżdżamy do Tyńca, we wsi przy drodze stoi policjant z radarem. Nie ma wiele roboty, główna ulica jest wąska i kręta, nie zachęca do bicia rekordów prędkości. Niemniej jednak pewnie niektórzy próbowali, skoro pojawił się tam policjant...

Złośliwość rzeczy martwych

Parkujemy na trawiastym placu pod murem kościoła. Przed nami romańska świątynia, za nami pomnik Jana Nepomucena i unikalny ceglany pręgierz, zwieńczony armatnią kulą. Co fotografujemy najpierw? Najbliżej jest barokowa figura Jana z Nepomuk, ufundowana przez komtura joannitów Johanna Josepha von Götzen...
Fujifilm buntuje się. Najpierw nie chce przyjąć karty (może winien jest adapter), potem wyczynia dziwne rzeczy. Jerzy uważa, że to baterie. No, to chyba nie będzie duży problem. O kilka kroków od nas, niedaleko przystanku gminnego autobusu linii 888, jest sklep spożywczo-przemysłowy. Baterie chyba będą mieli. Idziemy. Czuję się trochę niepewnie. Z doświadczenia wiem, że mieszkańcy małych wiosek nie lubią przyjezdnych, którzy plączą się po ICH wsi z aparatami. Cyfrowymi zwłaszcza.
Herb fundatora rzeźby
Fot. Jerzy Komar

Witajcie w krainie, gdzie obcy ginie

Eee, nieprawda. Wchodzimy do sklepu. Stajemy w niewielkiej kolejce; przy kasie klient mozolnie odlicza należność z trzymanych w garści drobniaków. Panie, które weszły za nami zniecierpliwione przewracają oczami. Wysoki mężczyzna, towarzyszący panu z drobniakami, żartuje ze sprzedawczynią i... z nami. Nasza kolej. Prosimy o baterie alkaliczne, ale akurat takich nie ma. Miła ekspedientka znajduje nam wreszcie cztery paluszki. Bierzemy, co jest. Na dzisiaj wystarczą.

I znów grobowce...

Sesja fotograficzna za nami. Pakujemy się do cytryny i jedziemy za wieś, do lasu, gdzie w dawnej parkowej części znajdują się mogiły dawnych właścicieli tynieckich dóbr. Park jest kompletnie zdziczały, ledwie można odczytać układ dawnych alejek. Żółte liście grabów i czerwone owoce głogu mówią, że znów jest jesień. Oplatający pnie jesionów i lip bluszcz pospolity kwitnie w najlepsze, wabiąc owady. Jak wiadomo, kwitną tylko stare rośliny. Patrząc na zielone liście bluszczu wśród jesiennego lasu zastanawiam się, czy pamięta czasy tych, których grobowce na wzgórzu kryje cień sędziwych daglezji...
W gąszczu jeżyn, więdnących jasnot i innego zielska odnajdujemy ścieżkę wydeptaną od wyrobisk piaskowych w stoku Parnasu do dawnej alei, przy której znajdują się mogiły. Czuję dreszcz emocji. Zaraz dowiemy się, czy ktoś te grobowce uprzątnął, zabezpieczył. Sprawę zdewastowanych, wyszabrowanych grobów zgłosiłam przecież na policji. Wysłano w to miejsce patrol, ale nie mam pewności, że w ogóle tam dotarł. Nie przyszło mi do głowy wcześniej, żeby to sprawdzić. W końcu dlaczego mam kontrolować, jak policja wykonuje swoje obowiązki. Ale zaraz wszystko będę wiedzieć.
Staw w kształcie klucza (bądź krzyża)
Fot. Jerzy Komar

Tego się nie spodziewaliśmy...

Przyspieszyłam kroku, gdy tylko zobaczyłam majestatyczne daglezje na szczycie wzgórza. Wiatr ucichł; żałobne drzewa milczały jakby w zadumie. Groby pod ich skrzydłami wyglądały dokładnie tak, jak je zapamiętałam z ostatniego spaceru, może były trochę bardziej omszałe. Pochyliłam się nad pierwszą z brzegu mogiłą, tą na wpół zasypaną. Nic się tu nie zmieniło. Chociaż... nie, tej butelki po piwie tu nie było, mam zdjęcia. Druga... Kości ludzkie i zwierzęce przemieszane ze śmieciami, odłamkami cegieł i opadłymi liśćmi. Trzecia... nic się nie zmieniło. Nic.
Tego się nie spodziewaliśmy...

Na co właściwie liczyliśmy?

Zadałam sobie to pytanie, kiedy tamtego dnia pochylaliśmy się nad zbezczeszczonymi, okradzionymi grobami. Popatrzyliśmy po sobie. Czego właściwie się spodziewaliśmy? No, na pewno nie tego. Zgłosiłam sprawę policji, patrol pojechał na miejsce, które podałam. Z drogi policjanci dzwonili do mnie jeszcze. Opisałam miejsce (może tylko w moim mniemaniu) bardzo dokładnie. Park nie obfituje w okazy drzew
Widok na Ślężę z okolic Tyńca
Fot. Jerzy Komar
iglastych, więc naprawdę ciężko byłoby nie znaleźć kępy strzelistych daglezji. Byłam więc przekonana, że policjanci bez problemu trafią na miejsce i zajmą się może nie tyle odnalezieniem wandali, bo grobowce zniszczono wiele lat temu, a zabezpieczeniem szczątków. Nie rozumiem. Pojechać, pojechali, ale czy dotarli na miejsce? Chyba nie...
A przecież ofiarowałam pomoc, chciałam wskazać osobiście to miejsce, skoro dzielnicowy nie zna swojego rewiru na tyle, by sam je mógł odnaleźć. A może dotarli na miejsce, tylko nie potrafili rozpoznać spoczywających w zdewastowanej mogile ludzkich szczątków? Może spodziewali się czegoś bardziej „spektakularnego”? Wiem, wiem, kość ramieniowa, zęby, żebra i fragment miednicy są mało „widowiskowe”, najłatwiej jest rozpoznać czaszkę (no, tych nie było już dawno, studenci medycyny potrzebują pomocy naukowych – łatwo je nabyć nielegalnie u hien cmentarnych) i skrzyżowane kości udowe, Jolly Roger. Chociaż miał pojechać na miejsce technik policji, który z rozpoznaniem fragmentów ludzkiego szkieletu nie powinien mieć problemów. Co teraz powinniśmy z tym zrobić? O, na pewno tak tego nie zostawimy. Po namyśle postanowiłam dać policjantom jeszcze jedną szansę. Zanim pójdę do prokuratury.
Albo do gazety.
Stronę zaprojektował Jerzy Komar