Kanał RSS

Katarzyna Komar 31-07-2012

Znak czasu

Pewien pochmurny jesienny dzień, prawie dwadzieścia lat temu. W październiku, w listopadzie? Nie pamiętam; zresztą to nieistotne. Przez naszą niewielką podwrocławską wieś Ślęzę (właściwie wtedy Ślężę, a chwilę wcześniej nawet Lasową) snuły się dymy ognisk; wszystko przesiąkało zapachem palonych zeschłych liści i traw. Wynurzający się z sinawych kłębów dawny pałac Königsdorffów von der Lohe wyglądał szczególnie tajemniczo i kusząco...
Nie wiem, kto z naszej paczki młodocianych rozrabiaków pierwszy zaproponował zwiedzanie pałacu, ale pamiętam, że wszystkim ten pomysł bardzo przypadł do gustu. Porzuciliśmy zatem niedopieczone ziemniaki w popiele pośpiesznie zagaszonego ogniska i pognaliśmy przez zrujnowany PGR na skraj dawnego parku, gdzie pośród imponującego starodrzewu wznosiła się surowa bryła renesansowego dworu. Zbite z nieheblowanych desek drzwi pałacu były zaryglowane i zamknięte na kłódkę. Któryś z chłopaków pobiegł pędem po stróża, podczas gdy my staliśmy całą kilkunastoosobową grupą na kamiennych schodach przed wejściem, drżąc z emocji. W końcu pierwszy raz mieliśmy zwiedzać ten owiany legendami "straszny dwór"...

Tajemniczy herb

Pałac w Ślęzy; stan obecny
Fot. Jerzy Komar
W niewielkiej sieni pałacu, oddzielającej skrzydło południowe od północnego, panował stęchły półmrok, przesiąknięty zapachem starego drewna i wapna. Stróż poprowadził nas najpierw do jasnej, przestronnej sali na parterze południowego skrzydła. Gładko otynkowane, boleśnie nagie ściany pomalowane były na biało. Bezmyślny remont, przeprowadzony kilkanaście lat wcześniej, odarł tę część pałacu z jakichkolwiek śladów jego przeszłości. Popatrzyliśmy po sobie rozczarowani... nie tego się spodziewaliśmy.
Północne skrzydło, choć też bezlitośnie zmasakrowane remontem w latach 80. XX wieku, zachowało pewne elementy architektoniczne, pochodzące z różnych epok. Dębowy strop sali na parterze, barokowa, złocona rama otaczająca ścienną wnękę, barokowe freski wokół okien... XIX-wieczna zielona lamperia w wieżyczce schodowej, brzydka jak nieszczęście. Manierystyczna półkolumienka przy wejściu do świetlicy w dawnej wieży rycerskiej, gipsowy plafon pośrodku krzyżowo-żebrowego sklepienia i wreszcie - manierystyczny kominek z piaskowca z wykutą na gzymsie datą 1618 i osobliwego kształtu tarczą herbową w otoczeniu pierzastych labrów. W skąpym świetle późnego jesiennego popołudnia trudno było nam rozpoznać przedmiot umieszczony pośrodku przedzielonej na pół tarczy. Przypominał on skręcony, rozszerzający się pośrodku pręt, rozciągnięty między dwoma krótszymi i grubszymi. Cóż to mogło być takiego...?

Czy to już obsesja?

Wizerunek herbu dobrze wrył mi się w pamięć i przez całe lata szukałam go na płytach epitafijnych kościołów, na rysunkach i zdjęciach z ksiąg heraldycznych. Bezskutecznie. Niewiele wtedy wiedziałam o właścicielach folwarku Laa (La, Lau, Lohe) na przestrzeni wieków i nie mogłam szukać herbu po nazwiskach. Zresztą, jaki miałam wtedy dostęp do jakichkolwiek materiałów na ten temat...?
Sprawa odeszła w zapomnienie na ładnych parę lat. Zresztą nigdy nie była priorytetem w moim życiu. Ale nic nie mogłam poradzić na to, że każdej płycie epitafijnej przyglądałam się bacznie w nadziei, że przecież w końcu ten jeden jedyny poszukiwany herb odnajdę...
Później, dysponując już pewnymi materiałami, próbowałam odnaleźć rodzinę, do której herb należał. Oczywistą wskazówką była wykuta nad gzymsem kominka data 1618...
"von Wierrandt, Vogten genannt"
wg Siebmachera
Taak, wszystko bardzo pięknie, tylko w chronologii poukładanej przeze mnie z różnych strzępków informacji akurat przy roku 1618 jest spora luka... mniej więcej od 1610 do 1638 roku. Akurat nie ma informacji o właścicielu, który rozbudowywał czy też przebudowywał pałac... Niby można założyć, że był to Gotthard Vogt, ale czy na pewno?
Jak to sprawdzić? Przeglądam kilka dostępnych w internecie herbarzy, Dorsta, Blazka, Krane... Nic, nic, nic!

Rozwiązanie zagadki...

Smętny październikowy wieczór we Wrocławiu, niemal osiemnaście lat po pamiętnej wycieczce do pałacu. Ruch na ulicach powoli zamiera; po krzywych torach tramwaj powoli toczy się pod moimi oknami w stronę zajezdni. Półleżąc przed komputerem przeglądam od niechcenia heraldyczne strony w nadziei, że znajdę coś, co pomoże mi bodaj trochę pchnąć tworzone wówczas z mozołem "dzieło" o dziejach mojej wsi naprzód. Jakiś nowy trop, ciekawostka... cokolwiek...
Miałam już wyłączyć komputer, przy którym prawie zasypiałam i zająć się czymś bardziej konstruktywnym, kiedy przeglądając online stronę z rycinami z herbarza Siebmachera zobaczyłam coś, co spowodowało, że momentalnie się obudziłam. Miałam wrażenie, że mi się przywidziało. Ale nie, na stronie 40, pod hasłem „herby austriackie”, w ostatnim rzędzie widniał tak długo poszukiwany przeze mnie herb!

Vogten von Wierrant

Tak brzmiał podpis pod ryciną. Rysunek był czarno-biały, wyraźny. Rozpoznałam przedmiot wyobrażony pośrodku tarczy herbowej. To było wędzidło! Jak ja mogłam tego nie rozpoznać...
Co prawda współczesne wędzidła wyglądają nieco inaczej, to po pierwsze; po drugie herb na kominku był dość zniszczony, a po trzecie wtedy, gdy zobaczyłam go po raz pierwszy, jeszcze nie jeździłam konno ani nie pracowałam przy koniach, więc raczej nie miałam szans zidentyfikować tego „czegoś” . Ale i tak było mi wstyd...
Skopiowałam sobie rycinę na swój komputer, w obawie, że gdzieś mi zaginie i już jej nie odnajdę, albo, co gorsza, jak obudzę się następnego dnia, nie uwierzę, że w końcu odnalazłam zagadkowy herb...
Herb rodziny Vogten
wg Siebmachera

Signum temporis

Mimo, że naturalnie ucieszyłam się z rozwiązania zagadki sprzed lat, zaraz potem poczułam, jak ogarnia mnie przerażenie. Przeraził mnie fakt, że teraz niemal każdą informację można zdobyć nie ruszając się z krzesła. O tak, komputery ułatwiają nam życie... okradając nas z niego niepostrzeżenie. Jakże można porównać romantyzm poszukiwań wizerunku herbu na kruchych, pożółkłych kartach starych ksiąg, na zatartych przez bezlitosne stulecia epitafijnych płytach z poszarzałego piaskowca, z monotonnym przewijaniem stron globalnej sieci? Rację ma Feliks W. Kres, pisząc, że
(...)trup ten (romantyzm) najwyraźniej papierową miał duszę, bo nijak nie chce zmartwychwstać na szklanym ekranie monitora.
Jak poczuć napięcie poszukiwań, dreszcz emocji, jak przeżyć przygodę wodząc apatycznie kursorem po ekranie?
A jednak w tym pojedynku zwyciężyły Postęp, Technika, Skuteczność. Romantyzm poległ. Ot, signum temporis.
To straszne. Przerażające...

Bibliografia

Źródła i opracowania

  1. Kres F., Galeria złamanych piór, Lublin 2005
  2. Lutsch H., Verzeichnis der Kunstdenkmäler der Provinz Schlesien, Bd. 2, Landkreise des Regierungs-Bezirk Breslau, Breslau 1889
  3. Pilch J., Zabytki architektury Dolnego Śląska, Ossolineum 1978
  4. Siebmacher J. A., Siebmachers Wappenbuch von 1605
  5. Siebmacher J. A., Siebmachers Wappenbuch von 1701
Stronę zaprojektował Jerzy Komar