Kanał RSS

Katarzyna Komar 31-08-2012

Świt na bagnie - cz. II

A teraz napiszę o tym, jak postanowiliśmy powtórzyć wyprawę z cz. I i dlaczego nam się to nie udało…
Rok temu, w połowie lipca, wybraliśmy się na camping nad nasze ulubione lubuskie jeziora, w okolice Międzyrzecza. Wyprawialiśmy się tylko na weekend, planując przyjechać na dłużej w innym terminie, ponieważ musieliśmy
Rezerwat Rybojady
Fot. Jerzy Komar
w międzyczasie odbyć jeszcze praktyki uczelniane. Te miesięczne praktyki to z kolei osobna historia, na szczęście bardzo wesoła, ale o tym może innym razem...

Rezerwat Rybojady

Nie mieliśmy jakichś szczególnych planów co do tego, co konkretnie chcemy zobaczyć z flory i fauny, ani gdzie pójść. Punktem centralnym całej wyprawy oczywiście było niezapomniane Oczko, ale poza tym plan wycieczki to była jedna wielka improwizacja. W sobotę rano udaliśmy się na inne mokradło, znajdujące się na terenie rezerwatu florystycznego Rybojady. Było to nasze trzecie już chyba podejście do odszukania występującej tam rosiczki. Także i tym razem nieudane, mimo, że dość niski poziom wód pozwalał na w miarę swobodne poruszanie się po granicach rezerwatu, co zazwyczaj jest niemożliwe.
Zaczęliśmy obchodzić mokradło od strony południowo-wschodniej. „Namorzynowy” las olchowy nagle i gwałtownie przechodzi tam w suchy bór sosnowy. Maszerowaliśmy więc pod sosnami, skrajem moczarów, po prawej ręce mając podmokły las. W pewnej chwili w gąszczu wierzb i kruszyny, na wysepce pośród bagna, dostrzegliśmy jakiś ruch. Powoli i bezszelestnie (na tyle, na ile to możliwe w suchym borze) podeszliśmy na sam skraj moczarów…
Koźlę sarny na wysepce pośród moczarów
Fot. Jerzy Komar
Z ukrytej w gęstwinie wysepki patrzyły na nas ciemne ślepka młodego koźlęcia sarny, na tyle już jednak wyrośniętego, że pozbawione było charakterystycznych dziecinnych cętek na bokach. Zwierzę nie wydawało się zaniepokojone ani wystraszone, wręcz przeciwnie; przyglądało nam się długą chwilę z natrętną koźlęcą ciekawością. Obfotografowawszy młodego modela do syta, ruszyliśmy pomału dalej – ciszej i ostrożniej…

Nie taki dzik straszny…

Południowy skraj mokradeł porasta umierający, podmokły las. Zachłanne bagno powoli wydusza życie z korzeni młodych wierzb, brzóz i osik. W błękitnej od nieba wodzie odbijają się martwe, zeschłe pnie, poczerniałe kikuty drzew. A obok, w sosnowym borze, życie kwitnie w najlepsze. W niskiej trawie żółcą się kwiaty lnicy, licznie odwiedzane przez motyle. Rusałka żałobnik odpoczywa w cieniu na gałęzi, leniwie wachlując skrzydłami. Przy błękitnym żmijowcu uwijają się żwawo trzmiele i pszczoły…
Ciepły powiew od niedalekich łąk przyniósł ze sobą niezbyt miłą woń. Zapach nazbyt rzadko sprzątanej chlewni. O ile wiedzieliśmy, nigdzie w pobliżu nie było takich obiektów – dwa kilometry od mokradeł znajduje się tartak, ale chlewnia? Hm…
Żywiołową dyskusję na temat warunków zoohigienicznych w gospodarstwach rolnych przerwało nam coś niespodziewanego: kępa wysokich i wyjątkowo jadowitych pokrzyw, rosnąca tuż przy skraju ledwie widocznej ścieżki,
Czerwończyk dukacik (Lycaena virgaureae)
Fot. Jerzy Komar
którą szliśmy, zatrzęsła się gwałtownie; dało się słyszeć spieszny tętent ciężkiego zwierzęcia, a zaraz potem głośny plusk. Przez gąszcz zielska tuż przed nami przemknął dzik. Sądząc z rozmiarów, dość młody. Przebiegł tak blisko, że mogliśmy go dotknąć. Niestety, zniknął pośród moczarów, nim zdążyliśmy go sfotografować. Nie spodziewaliśmy się takiego spotkania… Ale nie było ostatnie.

Zachód słońca nad Oczkiem

Okrążyliśmy bagno dookoła i wróciliśmy na leśną drogę. Stamtąd podążyliśmy na camping, gdzie spędziliśmy większość dnia. Natomiast pod wieczór zaczęliśmy przygotowywać się do wyprawy nad Oczko. Zamierzaliśmy po drodze wykąpać się w jednym z leśnych jeziorek i tuż przed zapadnięciem zmroku wdrapać się na ambonę na skraju starodrzewu w pobliżu Oczka. Niestety, czegoś nie wzięliśmy pod uwagę…
Po drodze nad jeziorko spotkaliśmy zaparkowany dość daleko w głębi lasu – ponad kilometr – drogi samochód o rejestracji świadczącej o tym, że pochodzi z sąsiedniego województwa. Popatrzyliśmy po sobie. Nie był to samochód służby leśnej, więc teoretycznie nie miał prawa się tam znajdować. Zakaz wjazdu do lasu obowiązuje, jak wiadomo, wszystkich oprócz pracowników leśnych. Jak się okazało, wcale niekoniecznie…
W pobliżu auta kręcił się starszy jegomość, wyciągając z bagażnika przeróżny sprzęt. Przez ramię miał przewieszony
Za pasmem tych zarośli jest łąka z rosiczkami...
Fot. Jerzy Komar
charakterystycznego kształtu futerał. Już wtedy zaczęliśmy przeczuwać, że z wyprawy nad Oczko jednak będą nici…

Na celowniku

Z niewyraźnymi minami ruszyliśmy jednak dalej. Jegomość podążał za nami w pewnej odległości. Właśnie wychodziliśmy z lasu na porębę, kiedy za plecami usłyszeliśmy trzask przeładowywanej broni. Ponieważ odebrałam swego czasu pewną łowiecką edukację, wiem, że broń załadowuje się dopiero na stanowisku i rozładowuje opuszczając je. Ale może coś się zmieniło. W końcu w regulaminie polowań nic się o tym nie wspomina. Bezpieczeństwo osób postronnych na polowaniu to w zasadzie marginalna kwestia…
Nie była to miła przechadzka w letni wieczór, z uzbrojonym facetem za plecami.
Sporo się czyta o przypadkowych postrzałach z broni myśliwskiej. Zwłaszcza, że jeśli jest to postrzał w tułów, ofiara w zasadzie nie ma prawa tego przeżyć. Szczęściem myśliwy wkrótce się od nas odłączył. Zmierzał do najbliższej ambony – do tej samej, na której planowaliśmy zasiąść. Nieprzyjemne uczucie wzdłuż kręgosłupa ustąpiło. Ale i tak odechciało nam się wszystkiego. Nad Oczko powędrowaliśmy w zasadzie tylko z obowiązku. Wiedzieliśmy, że teraz nie mamy już czego w lesie szukać; ani rano, ani wieczorem. W końcu prawo myśliwego do zastrzelenia sarny jest
Tędy przebiegł dzik
Fot. Jerzy Komar
większe niż nasze do oglądania jej.

Darzbór!

Źli i rozgoryczeni wróciliśmy na camping. W milczeniu zaczęliśmy przygotowywać kolację i szykować się już na nocleg. Ponury nastrój pogłębiały jeszcze dobiegające z oddali głuche tąpnięcia. Echa strzałów…
Nocnej wycieczki do lasu woleliśmy nie ryzykować. Nie wiadomo, kto i gdzie jeszcze włóczył się z odbezpieczoną bronią po leśnych drogach. Ale las miał dla nas piękną niespodziankę…
Ktoś z obozowiczów podsunął myśl, żeby podejść o zmierzchu na skraj pobliskiej łąki. Parę lat temu obserwowaliśmy na niej o świcie pasące się łanie. Postanowiliśmy znów się tam udać; było jeszcze dość wcześnie i dopiero zaczynało się ściemniać.
Zajęliśmy pozycje za pniami brzóz na samym skraju kilkunastohektarowej łąki. Daleko po prawej ręce mieliśmy zarośla porastające brzeg jeziora, po lewej sosnowy młodnik. Łąkę w kilku miejscach przecinały ponadto rowy melioracyjne i pasy zadrzewień. Było to zatem wymarzone miejsce do obserwacji zwierzyny. Jak się szybko przekonaliśmy, bór nam darzył. I to wyjątkowo szczodrze…

Wieczorne widowisko

Pierwsze z nadjeziornych zarośli wychynęły jak zwykle sarny. Trzy
Oczko wieczorem; na pierwszym planie
kruszyna pospolita (Frangula alnus)
Fot. Jerzy Komar
kozy pasły się w jednej grupce, a w pewnym oddaleniu od nich samotnie pasł się kozioł. Nie wyglądał najlepiej. Sierść miał nastroszoną i zmierzwioną; rysowały się pod nią żebra. Umaszczeniem różnił się też nieco od kóz. One miały szatę lśniąco rudą, on matową i szarawą. Niestety, światła było już na tyle mało, że nie zdołaliśmy zrobić żadnych zdjęć.
Ciemniało. Słońce ukryło się za lesistym pagórkiem na skraju łąki, dokładnie na wprost naszego stanowiska. Pojawiły się nietoperze, niespokojnym lotem przecinające wieczorne niebo. Łąka parowała, skrywając się z wolna w siwej mgle. Gdzieś daleko odezwały się przenikliwe głosy żurawi. W trawie ogłuszająco ćwierkały świerszcze…
Pobliskie pasmo zarośli było już ledwie widoczne w zapadającym zmroku. Gdyby nie czujne psy z gospodarstwa na skraju łąki, pewnie przegapilibyśmy pojawienie się nowych postaci na tej omglonej scenie…
Nie dalej niż pięćdziesiąt metrów od nas przedefilowało sobie dostojnie stadko dzików – cztery warchlaki i prowadząca je locha. Drugie stadko, które również wynurzyło się niespodziewanie z zarośli, zmierzało zapewne w tym samym
Zachód słońca nad Oczkiem...
Fot. Jerzy Komar
kierunku, ale w ciemności nie byliśmy już w stanie go dojrzeć. Za to psy ujadały niemal do ochrypnięcia.
Na koniec, z młodnika, do którego udały się dziki, wyszły trzy lub cztery łanie. Podejrzliwie zwróciły w naszą stronę smukłe głowy. Trwały tak przez chwilę w pełnym napięcia bezruchu, po czym zniknęły cicho jak leśne duchy. Wycofały się do młodnika.
Po cichu usunęliśmy się w cień drzew i udaliśmy się z powrotem na camping. Była już noc; na niebo nad jeziorem wypłynął wielki złoty księżyc.
Sielanka. Gdyby jeszcze nie te strzały…

I po weekendzie...

Następnego dnia rano zwinęliśmy obóz. Pora była wracać do Wrocławia. Nie uśmiechało się nam spędzanie największych letnich upałów w samym centrum miasta. Ale pocieszaliśmy się myślą, że niebawem czeka nas miesiąc praktyk w górskim gospodarstwie rolnym. Spodziewaliśmy się, że w Jodłowie oprócz uczciwej, ciężkiej pracy przy wcale licznym inwentarzu i trwających w najlepsze sianokosach czeka nas sielski wiejski spokój. Oj, nie mogliśmy mylić się bardziej…
Stronę zaprojektował Jerzy Komar