Kanał RSS

Jerzy Komar 28-11-2012

Historia pewnego upadku - cz. III

Kolejnym okresem w dziejach cukrowni Pustków był okres powojenny, który niestety z całą pewnością można nazwać okresem schyłku lub upadku. Najpierw zmiana z prywatnej własności, gdzie jeden właściciel martwił się o losy fabryki i zarządzał nią jak tylko najlepiej potrafił, na dobro wspólne, którym tak naprawdę nikt nie miał interesu dobrze się zająć. Później cukrownie w Polsce stanowiły przeszkodę i zagrożenie dla interesów Unii Europejskiej, więc, w skrócie, Unia pozbyła się problemu...

Pustków wzięty!

Pałacyk - widok z terenu byłej cukrowni
Fot. Jerzy Komar
W 1945 roku Pustków został zajęty przez Armię Czerwoną. Przejęcie cukrowni przez Polaków było procesem trudnym i długotrwałym. Dyrektorem cukrowni w czasie pierwszej powojennej kampanii cukrowej 1946/47 był Edmund Drożdżyński. Człowiek ten pomimo braków w personelu oraz piętrzących się problemów technicznych potrafił uruchomić produkcję. Należy dodać, że sytuacja prawna cukrowni była niejasna. Nacjonalizacja majątków odbywała się wbrew rozsądkowi. Najlepsze i najbliższe gospodarstwa rolne zajęte zostały przez Państwowe Zakłady Hodowli Roślin, natomiast w oficynach folwarcznych zamiast ludzi zdolnych do pracy w cukrowni, zakwaterowano repatriantów. Uszkodzenia mienia fabryki były znikome. Z zestawienia zapisanego w dokumentach z lat 1946-1950 wynika, że park maszynowy uszkodzony był w 10 %, zaś budynki produkcyjne ucierpiały w nieznacznym stopniu (1,15%). Zniszczony był tylko spalony budynek biurowy, w innych budynkach uszkodzone były dachy, okna, ewentualnie ogrodzenie.
Sufit w jednej z sal pałacu
Fot. Jerzy Komar

Złe decyzje

Nie wiadomo, co kierowało takim działaniem, ale z cukrowni wywieziono trójfazowe generatory Siemensa, zaś z cukrowni w Brześciu Kujawskim przywieziono generator Brown-Broweri. Kolejne lata były powolnym upadkiem; nagle przestało się opłacać transportować plony koleją wąskotorową. Jest to coś, czego nie mogę zrozumieć. Transport kołowy zawsze jest droższy niż szynowy. Nie jestem w stanie przyjąć argumentu, że kolejka była wysłużona. We Wrocławiu działał Pafawag, Polska była producentem pociągów, wagonów, podwozi do wagonów. Był sprzęt i były możliwości, by jeśli nie remontować, to wymienić tabor na nowocześniejszy. Tabor kolejki wąskotorowej zlikwidowano całkowicie pod koniec lat 60. Liczył on w tym czasie 6 parowozów wąskotorowych, jeden normalnotorowy oraz około 200 wagoników wąskotorowych. Większość taboru przekazano do cukrowni Kruszwica, więc jednak gdzieś jednak się przydały. Szyny i obrotnice zostały rozebrane, a inne urządzenia, takie jak waga kolejowa, sprzedane na złom.

Zmieniamy. Na lepsze? E, starczy żeby było inaczej

Ostatni magazyn
Fot. Jerzy Komar
W okresie powojennym następowały modernizacje, zmieniał się ciąg technologiczny, dużo elementów było teraz napędzanych elektrycznie, zakład stawał się coraz bardziej zależny od elektrowni. Wybudowany w latach 60. magazyn cukru, zwany przez pracowników „Kubą”, nazwany został tak w związku z przerobem kubańskiej trzciny cukrowej. Czytając te dokumenty miałem wrażenie, że powojenne dzieje cukrowni nie były korzystne, bo cukrownia była fatalnie zarządzana. Wprawdzie czyniono pewne zmiany „na lepsze”, modernizowano i zwiększano wydajność, jednak działania te wydają się być pozbawione jakiegoś głębszego zamysłu. Nie brano bowiem pod uwagę rosnących kosztów produkcji. Cel był osiągany drogą zawiłą i nieekonomiczną, całkiem inaczej, niż robił to Naehrich, który wprowadzał zmiany, ale tak, aby przy tym nie zwiększać kosztów produkcji. Należy brać oczywiście pod uwagę rozczłonowanie majątku Naehricha, którego część dostała się w ręce Zakładu Hodowli Roślin, mieszkania pracownicze dostały się przesiedleńcom, co spowodowało, że nie było dobrej i stałej kadry. Ponadto buraki trzeba było transportować na większe odległości, więc koszty były większe i przerabianie trzciny z Kuby mogło wydawać się atrakcyjne.
Kominy, w tle magazyn
Fot. Jerzy Komar

Balcerowicz musi odejść

Kolejne lata przyniosły urynkowienie gospodarki związane z reformą Balcerowicza w 1989 roku. Zakład był w ciężkiej sytuacji, podniosły się stopy procentowe od zaciągniętych kredytów na inwestycje. Na szczęście udało się zażegnać problemy z płynnością finansową zakładu. Do momentu wydania studium historycznego w 1998 roku zakład podnosił się z ruiny, pojawiały się nowe inwestycje, poczyniono zmiany w gospodarce wodno-ściekowej. Na terenie cukrowni konfekcjonowano cukier w kilogramowe paczki. Autor studium martwił się o zabytki techniki, które w działającym zakładzie stanowiły anachronizm względem nowoczesnego procesu. Dzisiaj jednak na terenie byłej cukrowni stoją tylko dwa kominy i jeden magazyn. Cała infrastruktura, w tym zabytki, została zniszczona lub rozkradziona na złom. Obecnie zniknęła nawet stalowa brama na teren zakładu od strony pałacu.

Rozbiory i upadek

Zasypany kanał
Fot. Jerzy Komar
Pod koniec lat 90. wszystkie polskie cukrownie zostały sprzedane. Powstały cztery grupy: Poznańsko-Pomorska Spółka Cukrowa, Mazowiecko-Kujawska Spółka Cukrowa, Śląska Spółka Cukrowa oraz Lubelsko-Małopolska Spółka Cukrowa. Tak naprawdę oznaczało to podział między: British Sugar, Südzucker, Pfeifer & Langen oraz Nordzucker. Całość przyjęła ironiczną nazwę Krajowa Spółka Cukrowa. Najwyraźniej po dokonaniu „rozbiorów” interes kraju, jak i ludzi pracujących w cukrowniach stracił znaczenie na rzecz interesów międzynarodowych grup producenckich. Większość cukrowni została po kolei „wyłączona”. Działo się to na zasadzie takiej, że warunki na jakich odbywał się skup, były korzystne tylko dla cukrowych koncernów. Plantator, który podpisywał kontrakt na dostarczenie buraków musiał kupić nasiona od cukrowni. W kontrakcie określone były również ilości wysiewu na hektar. Podobnie było z nawozami i środkami ochrony roślin. Dodatkowo rolnik, który miał nawet możliwość samodzielnie odstawić plon do cukrowni, nie mógł tego zrobić, musiał skorzystać z transportu cukrowni, co było dużo droższe
Pola przy cukrowni, dawniej służące uprawie buraka
Fot. Jerzy Komar
niż transport własny czy nawet wynajęty poza cukrownią. Dochodziło do tego, że połowa należności względem rolnika przepadała na tak zwane koszty dostawy i różnego rodzaju potrącenia - np.: za niski poziom cukru (przeciętny rolnik nie ma możliwości tego sprawdzić, więc można kłamać do woli). Efekt był taki, że albo plantator podpisał kontrakt na fatalnych warunkach, albo zaprzestał uprawy buraka cukrowego. Rok czy dwa lata można w dużym gospodarstwie pozwolić sobie na straty w części produkcji, ale w końcu nikt nie będzie stale dokładał do cudzego interesu. Rolnicy wycofali się z produkcji buraka, a cukrownie wykazały nierentowność, bowiem transport kołowy z odległych miejsc się nie opłacał, a na miejscu nikt już nie chciał dokładać do uprawy. Cukrownie można było zatem zamknąć, a limity produkcji cukru przenieść, najpierw na inne cukrownie w Polsce, a później za granicę.
Nie widzę żadnej logiki w rujnowaniu działającego i zarabiającego zakładu, jednak jeśli wziąć pod uwagę większą skalę - może opłacać się innym krajom zniszczyć przemysł w kraju ościennym po to, aby stworzyć sobie rynek odbiorców, którzy nie mają argumentów w negocjacji cen. W biznesie nie ma bowiem miejsca na sentymenty, a to że tysiące ludzi stracą pracę, nie należy do zainteresowań biznesmenów. Oni robią pieniądze... Co ich obchodzi los jakichś tam "nieudaczników".
Stronę zaprojektował Jerzy Komar