Kanał RSS

Katarzyna Komar 31-12-2012

Pocztówki z wakacji - cz.I

Za oknem zima, dość wprawdzie łaskawa, ale – jak to zima - dość ponura, więc mimo woli powracam myślą do wakacji... Do tego, jak miło było wyrwać się z rozprażonego, zakurzonego Wrocławia i spędzić choć parę dni w lubuskich lasach. Tym razem, pomni przykrych doświadczeń z poprzednich lat, starannie planowaliśmy każde wyjście poza teren campingu, zwłaszcza wieczorne wycieczki. Nie chcieliśmy znowu maszerować przez las z uzbrojonym człowiekiem za plecami...
Kozioł sarny (Capreolus capreolus)
Fot. Jerzy Komar

Ciekawski koziołek

Od obozowiczów dowiedzieliśmy się, że na porębie oddalonej od obozowiska ledwie o dziesięć minut marszu wieczorami pasą się daniele. Pierwszą wycieczkę zaplanowaliśmy więc właśnie tam. Obserwacje pojawiających się na porębie zwierząt ułatwiała ambona zbudowana na skraju starodrzewu, oddzielona drogą od młodej dąbrowy, za którą, w zagłębieniu terenu, znajdowało się mokradło. Tam też zamierzaliśmy zajrzeć...
Pierwszego dnia zawarliśmy znajomość z dwiema kozami i kozłem sarny. Daniele natomiast nie pokazały się wcale. Koziołka udało nam się podejść na dosłownie kilka kroków, kozy natomiast były znacznie ostrożniejsze.
Zasiedliśmy na ambonie. W lesie panowała cisza, od czasu do czasu przerywana melancholijnymi nawoływaniami dzięcioła czarnego, który swoim zwyczajem krył się gdzieś pośród moczarów. Ledwie upłynęło kilka minut, od strony dąbrowy usłyszeliśmy nikły szelest. Jakiś zwierz ostrożnie zmierzał w stronę poręby. Nie spodziewaliśmy się, że podejdzie tak blisko, więc gdy spojrzeliśmy z ambony w dół, na drogę
Sójka (Garrulus glandarius)
Fot. Jerzy Komar
biegnącą zaraz u jej stóp, zdziwiliśmy się bardzo. Tuż przy słupie, na którym wspierała się ambona, ujrzeliśmy naszego wczorajszego znajomego - koziołka sarny. Ogryzał właśnie nonszalancko młody dąbek, rosnący na skraju drogi, patrząc nam bezczelnie prosto w oczy. Zamarliśmy w bezruchu. Kozioł jednak ani myślał uciekać. Oglądał nas sobie tylko z ciekawością. W końcu, znudziwszy się, odszedł na swoje zwykłe żerowisko, nie okazując najmniejszego zaniepokojenia naszą obecnością. A my długo jeszcze siedzieliśmy lekko osłupiali...

Najciemniej jest pod latarnią

Znów, jak niemal każdego wieczora, wspięliśmy się na ambonę, nim zaczęło się ściemniać. Dzień był pochmurny, więc zmierzch zaczął zapadać wcześniej. Chwilami nawet kropił deszcz. Otuleni w polary, siedzieliśmy w bezruchu na twardej ławeczce wewnątrz ambony zbitej z żywicznych sosnowych desek. Pomału zaczęliśmy się niecierpliwić – minęła już zwykła pora, w której na porębie zaczynały się pojawiać
Kozioł łatwo dał się podejść...
Fot. Jerzy Komar
żerujące zwierzęta – sarny, daniele, zające... Tymczasem w lesie panowała martwa cisza; tylko od czasu do czasu dało się słyszeć auta, przejeżdżające niedaleką szosą, lub hałaśliwych rowerzystów, których okrzyki odbijały się echem od drzew. Niebo na wschodzie pociemniało mocno, nad las nadciągnęły burzowe chmury. A zwierząt ani widu, ani słychu...
Coś zaczęło skrobać i chrobotać na zewnątrz ambony. Wyjrzeliśmy spod daszku, rozglądając się w poszukiwaniu źródła dźwięku, ale nic nie zobaczyliśmy. Chrobotanie powtórzyło się. Myśląc, że to jakiś chrząszcz, w odpowiedzi poskrobałam deski ambony od wewnątrz. Chrobotanie umilkło na dobre.
Po prawej ręce, daleko na granicy lasu coś się poruszyło. Wśród paproci dostrzegliśmy lisa, dobrze wyrośniętego, choć przeraźliwie chudego, o sierści pozlepianej i zmierzwionej. Zwierzę było widocznie chore. Przemknęło chyłkiem wśród paproci i skryło się w gęstwinie świerków nieopodal drogi. Pomału zaczynaliśmy się zbierać do powrotu. Chmury przybliżyły się niepokojąco. Pogodziliśmy się już z tym, że tego dnia nic więcej ciekawego nie zobaczymy. Ale las, jak zwykle, miał dla nas niespodziankę.
Daniele (Dama dama)
Fot. Jerzy Komar
Na skraju lasu, tam, skąd wybiegł lis, pojawił się zając. Zanim jednak zdążyłam ustawić lornetkę tak, żeby mu się lepiej przyjrzeć, kątem oka dostrzegłam jakiś ruch. Od daszku ambony oderwało się jakiś szarobrązowy strzępek i pofrunął między drzewa. Był to... nietoperz. Siedział z nami na ambonie blisko dwie godziny, zanim zdecydował się odfrunąć. A może przyszła właśnie pora jego żerowania... Zagadka chrobotania wyjaśniła się.

Nowi znajomi

Tak to już ze zwierzakami bywa, że jak ich nie ma, to nie ma, a jak są, to wszystkie naraz. Przez pierwsze dni naszego pobytu na campingu jakoś rozmijaliśmy się ze stadami danieli, o których wiedzieliśmy z całą pewnością, gdzie się pojawiają, jak często i w jakiej liczbie. Słyszeliśmy również od obozowiczów, że na porębie, którą co wieczór odwiedzaliśmy, pojawia się biała łania, a nawet widywano tam dwie czarne, z ledwie widocznymi cętkami. Rzecz prosta, że koniecznie chcieliśmy ujrzeć owe dziwa. Niestety nie zaszczyciły nas swoją obecnością, ale i tak nie mieliśmy powodów do narzekania...
Pewnego pogodnego popołudnia, które oczywiście znów spędzaliśmy na porębie, ujrzeliśmy w końcu
Daniele (Dama dama)
Fot. Jerzy Komar
wychodzące ostrożnie z brzozowo-dębowego młodnika na południe od poręby. Pojawiło się siedem łań z młodymi, ale to nie był koniec widowiska. Daniele szły jeden za drugim, wynurzając się z lasu powoli i ostrożnie jak partyzanci. Na otwartej przestrzeni, w słonecznym świetle, czuły się wyraźnie niekomfortowo; wkrótce skryły się w kępie zarośli pośrodku poręby. Zdążyliśmy jednak naliczyć ich ponad dwadzieścia.
W sierpniu daniele nie noszą jeszcze poroża, więc odróżnienie łani od byków nastręczało nam pewne trudności. Jednak w tym licznym stadzie znajdowało się kilka samców. Skryte w zaroślach walczyły o względy łań, przepychając się bezrogimi łbami. Po kilku chwilach byk-zwycięzca przystąpił do godów. Pokonani rywale odeszli na żerowisko.
Zeszliśmy z ambony. Zapadał już zmierzch, a jeszcze czekała na nas łąka pod lasem, gdzie żerowały sarny, i, sporadycznie, jelenie. Uśmiechaliśmy się od ucha do ucha: nasze grono leśnych znajomych znów znacząco się powiększyło. A to wcale nie był koniec przygód...
Stronę zaprojektował Jerzy Komar