Kanał RSS

Katarzyna Komar 28-02-2013

Pocztówki z wakacji - cz.III

Lasy wokół Borowego Młyna po przejściu tornada
Fot. Jerzy Komar
Planowaliśmy wybrać się znów nad Wędromierz, odnaleźć kolonię czapli i ukryty na zarośniętym krzewami półwyspie camping, gdzie ktoś dla żartu zawiesił na strzaskanej przez uderzenie pioruna sośnie ręcznie wymalowaną tablicę upamiętniającą to wydarzenie. Z planów jednak nic nie wyszło. Piątego sierpnia przez Borowy Młyn i okolice przeszło tornado. Trwało dosłownie kwadrans, może dwadzieścia minut, ale o jego skutkach trąbiły jeszcze długo media w całej Polsce. Nie chcieliśmy więc kierować się w ogóle w tamtą stronę, jak tylu żądnych sensacji turystów z sąsiednich campingów. Siedzieć w obozowisku jednak nie zamierzaliśmy, bo pogoda była, jak to po burzy, przepiękna, więc wybraliśmy się na wycieczkę mało uczęszczanymi szlakami. Minęliśmy zaparkowane jak popadło wzdłuż drogi samochody ekip telewizyjnych i zagłębiliśmy się w lasy wokół jeziora Stobno.

Słowiański Most

Jezioro ominęliśmy szerokim łukiem i pojechaliśmy w kierunku nadobrzańskich łąk. Jest tam miejsce, nazywane przez nas Słowiańskim Mostem. Jest to zwykły kamienny mostek na rowie melioracyjnym między dwiema łąkami.
Żurawie zwyczajne (Grus grus) na łące
Fot. Jerzy Komar
Droga tam wychodzi z cienia lasu wprost na otwartą przestrzeń bujnych zielonych łąk i zaraz za rowem znów znika wśród drzew. Słowiańskiego Mostu strzegą dwie ogromne lipy i imponujące dęby. W ich cieniu zatrzymaliśmy się na chwilę odpoczynku. Daleko na skraju łąki dostrzegliśmy kilka schylonych postaci w szarych koszulach. Czego ci ludzie mogli tam szukać..?
Pochylony „człowiek” wyprostował się nagle, unosząc w górę malutką główkę na długiej, giętkiej szyi. Parsknęłam śmiechem. To był żuraw! Sięgnęłam do sakwy przy rowerze i wydobyłam lornetkę. Długą chwilę obserwowaliśmy żerujące ptaki. Było ich cztery, dwa większe i dwa mniejsze. W końcu zniknęły nam z pola widzenia za rozrosłą bujnie olszą na skraju łąki.
Pojechaliśmy dalej. Nasza wycieczka nie była tak całkiem w nieznane. Chcieliśmy odnaleźć zielone rozdroże i aleję głogową, którą wędrowaliśmy kiedyś... I wrzosowiska pośród lasu. I brzozę, przy której w wypróchniałym pniu, jak w donicy, rosła bujnie paproć. No i odnaleźliśmy... Paproć nie rosła już w swej osobliwej donicy, tylko obok, a wrzos dopiero zaczynał kwitnąć i słał się po rozgrzanym piachu ciemnozielonymi
Dzicze uroczysko
Fot. Jerzy Komar
pędami. Daleko mu było jeszcze do liliowego kobierca, nad którym w upalne dni brzęczy piosenka pszczół. Ehh, czemu wybraliśmy się na urlop tak wcześnie...

Dzicze uroczysko

Kolejną wyprawę rozpoczęliśmy od polany danieli. Przypuszczaliśmy bowiem, że za pasem starodrzewu na zachód od poręby znajduje się mokradło. Z drogi pod amboną widać było kępę zeschłych świerków i brzózek, obok zieleniły się bujnie olchy i wierzby podszyte wysokimi trzcinami. Naturalnie, jako fani wszelkiego rodzaju bagien, moczarów i trzęsawisk, koniecznie chcieliśmy je obejrzeć z bliska. Pogoda nieco się pogorszyła i zaczął siąpić drobny deszczyk, ale ponieważ nie byliśmy daleko od obozowiska, postanowiliśmy zaryzykować zmoknięcie i zagłębić się w dziewiczy gąszcz. Obeszliśmy bagno skrajem, przedzierając się przez krzaki i nasłuchując pilnie odgłosów zwierząt. Bo przecież właśnie od strony tego moczaru przyszedł kilka dni wcześniej do nas ciekawski koziołek. Na południowym brzegu mokradła rozciągał się suchy bór sosnowy,
Dzicze "malowanie" na świerku
Fot. Jerzy Komar
z nielicznymi świerkami i dębami. W zagłębieniu terenu pośród drzew widniało bajoro o czarnej, stojącej wodzie. Jego porośnięte trawą brzegi stratowane były w miękkie błoto. Rozpoznaliśmy ślady jeleni, sarn i dzików. Wyglądało na to, że w tym oczku wodnym z upodobaniem taplają się dziki. Pnie świerków rosnących nieopodal czarne były od zaschniętego błota i obdarte do gołego drewna, krwawiące obficie żywicą. Dziki, wychodząc z błotnej kąpieli, przychodziły pod świerki, by czochrać się o ich pnie i korzenie. Z kolei wiotkie pnie młodych drzewek obdarte były z kory do znacznej wysokości. Drzewka umierały. Z uschłych gałęzi sypały im się rude igły. Dzieło niewątpliwie przeżuwaczy, ale których? Jeleni, danieli? Tego już nie zdołaliśmy ustalić.
Idąc dalej na szagę przez mieszany las sosnowo-dębowy napotkaliśmy zabawną scenę. Wokół pnia sosny ganiały się dwa dzięcioły, średni i duży. Najwyraźniej walczyły o terytorium. Co jakiś czas traciły się nawzajem z oczu i wówczas się uspokajały. Ale niech tylko zza pnia wychynął łepek któregoś...

Rozdroże pod dębem

Ponieważ mieliśmy ze sobą GPS, wiedzieliśmy mniej więcej, w jakiej odległości od wcześniej odwiedzonych miejsc
Dzięcioł duży - z lewej i średni z prawej strony
Fot. Jerzy Komar
jesteśmy. W naszym GPSie zachowaliśmy bowiem ślady wędrówek z poprzednich lat. I teraz zobaczyliśmy, że jesteśmy już niedaleko (w prostej linii, oczywiście) od Oczka, a także od rozdroża pod dębem. To miejsce również chcieliśmy odnaleźć. Ze zwartego lasu wyszliśmy w końcu na drogę biegnącą szczytem pagórka; na jego stoku zielenił się kilkunastoletni, czyli jeszcze niezbyt wyrośnięty młodnik sosnowy. Droga biegła więc przez otwartą przestrzeń i dopiero u stóp dębu z powrotem zanurzała się w las. Jest to również dość niezwykłe miejsce, warte odwiedzenia szczególnie w słoneczny dzień. Wówczas, patrząc z pewnej odległości na dąb, ma się przed sobą widok dość symboliczny... bo jedna ze ścieżek, na które rozdziela się droga, biegnie prosto przez zielony tunel wysokich drzew, wypełniony białym, niemal oślepiającym światłem słońca, zaś druga, kręta i wyboista, niknie w mroku ponurej dąbrowy, podszytej na skrajach leszczyną. Światło i Mrok. Niebo i Piekło w jednym miejscu. No czyż można się nie zachwycać...?
Paprotka niestety wyprowadziła się z donicy...
Fot. Jerzy Komar

Łania we mgle

Do obozowiska wróciliśmy znanymi nam dobrze drogami, przez brzozową aleję wiodącą nad Oczko i skraj modrzewiowego zagajnika, za którym rosną omszałe dęby-patriarchowie.Jest to chyba jedyne miejsce w tych lasach, gdzie czuję się dość nieswojo. Obumierające, siwe od porostów modrzewie, stojące wśród kipiącego zielenią bukowego podrostu, robią dość smutne wrażenie. A potem jeszcze mija się tych surowych dębowych starców o niesamowitych kształtach. Aż ciarki przechodzą po plecach, kiedy idzie się tędy o zmroku, we mgle... Przechodziliśmy tamtędy pewnego wieczora, parę dni wcześniej, na porębę wokół Oczka, gdzie czasem żerują jelenie. Na porębie, mimo sprzyjającej pogody było pusto. Za to wracając, właśnie pod dębami, spotkaliśmy łanię, stojącą na drodze i przyglądającą się nam ze zdumieniem. My również byliśmy zaskoczeni. Spotkanie trwało sekundy, łania zniknęła cicho jak leśny duch. Gdyby nie ślady w mokrym piasku, można by pomyśleć, że nam się przywidziała. Uśmiechnęliśmy się do siebie. Piękne to było zakończenie dnia.
Stronę zaprojektował Jerzy Komar