Kanał RSS

Katarzyna Komar 30-04-2013

Najpiękniejsza na świecie

Najpiękniejsza ze wszystkich wiosen świata jest wiosna w górach. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości...
Śnieżyca wiosenna (Leucojum vernum)
Fot. Jerzy Komar

Jodłów

Krótki kwietniowy urlop postanowiliśmy – znowu – spędzić w Jodłowie. Wybraliśmy się tam wcześnie w czwartek rano. Pogoda była piękna, a pani Danusia bardzo się ucieszyła na nasz widok. Od ostatniego naszego pobytu w Jodłowie w gospodarstwie zmieniło się zarazem bardzo wiele i bardzo mało... Ze znanych nam koni nie było już żadnego, za to na pastwisku wylegiwało się barwne stadko złożone z trzech rumaków, a kolejny przybysz aklimatyzował się w stajni. Po rozpakowaniu bagaży poszliśmy przywitać się ze zwierzakami, a potem ruszyliśmy na szlak...

W ruinach gospodarstwa

W pobliżu żółtego szlaku, na podmokłej polance, znajdują się ruiny dawnego gospodarstwa albo może gajówki. Z domu pozostały już tylko resztki kamiennych murów w cieniu ostatniej ocalałej czereśni, okrytej zamkniętymi jeszcze szczelnie pąkami. Tam zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę, oglądając pięknie rozkwitłe żonkile w dawnym ogródku i śnieżyce rosnące na brzegu strumyka przecinającego polankę. Tu i ówdzie pośród zeschłych traw bielały zawilce, a tuż pod ścianami domu kwitły gęsto pierwiosnki. W mokrych zagłębieniach gruntu soczyście zieleniła się śledziennica skrętolistna...
Przysiedliśmy na chwilę na trawie. A potem położyliśmy się na chłodnej jeszcze ziemi, chłonąc niesamowity spokój
Żabie gody w stawie przeciwpożarowym
Fot. Jerzy Komar
tego zakątka. Pośród gałęzi wierzb, których rosną tam co najmniej cztery gatunki, przewijały się zięby, drozdy i kopciuszki... Dopiero przed zmierzchem odeszliśmy stamtąd, po drodze zaglądając jeszcze nad staw przeciwpożarowy przy czerwonym szlaku. Akurat w najlepsze trwały żabie gody; kumkania, rechotania, piski i powarkiwania niosły się stamtąd na całą okolicę...

Jelenie

Następnego dnia wybraliśmy się na długą wycieczkę, najpierw w kierunku Nowej Wsi. Odwiedziliśmy po drodze storczykową polankę, na której niestety próżno w tym roku oczekiwać kwiatów – tak została zmasakrowana podczas zrywki drzewa... Dopiero za kilka lat najwcześniej można się spodziewać, że szata roślinna w tym miejscu zdoła się odtworzyć.
Mając po trosze dość ubitych szlaków, zboczyliśmy z drogi na ścieżynkę, która według mapy powinna nas zaprowadzić na żółty szlak do Międzygórza nieco powyżej wsi. Wkrótce się okazało, że droga skończyła się na brzegu Nowinki, w głębokiej dolinie między górami. Zatrzymaliśmy się w tym miejscu na odpoczynek, przeglądając mapę i zastanawiając się, którędy teraz pójść. Zaabsorbowani podziwianiem żyłkowanych
Jelenie właśnie nas zauważyły...
Fot. Jerzy Komar
kwiatów rozkwitającej właśnie w całej gamie odcieni różu i fioletu miodunki ćmy, nie zauważyliśmy nawet, że z oświetlonego południowym słońcem przeciwległego stoku spogląda na nas stado jeleni. Było tam około dziesięciu łań, ostrożnie wędrujących dokądś wąską, skalistą ścieżką. Wiatr wiał w naszą stronę, więc chociaż przyglądały nam się bacznie spomiędzy bezlistnych jeszcze młodych buczków, nie wystraszyły się nas i mogliśmy je oglądać do woli. Gdy odeszły, i my ruszyliśmy w swoją stronę. Na przełaj przez świerkowy las, w kierunku dobrze nam znanych dróg pożarowych.

Sikorka

Zatrzymaliśmy się za chwilę znów pośród wynurzających się z dna lasu skałek. Na szczycie jednej z nich rozłożyliśmy się na ściółce, kontemplując poruszane wiatrem korony świerków wysoko nad nami. Ptaki szybko oswoiły się z naszą obecnością i mogliśmy podziwiać z bliska dzięcioły, kowaliki, dzwońce, kosy i zięby, którym dzioby nie zamykały się ani na moment. Największą niespodziankę zrobiła nam jednak niepozorna sikora uboga. Gdy ruszyliśmy dalej, jakiś opierzony pocisk minął nas w dzikim pędzie i wylądował na gałęzi świerka tuż przed nami. Przystanęliśmy. Ptaszek jednak nie sprawiał wrażenia wystraszonego, wręcz przeciwnie. Przyglądając się nam z ciekawością sfruwał z sęka na sęk coraz niżej, aż zatrzymał się na wysokości mojej twarzy. Pierwszy raz oglądałam
Miodunka ćma (Pulmonaria obscura)
Fot. Jerzy Komar
sikorę ubogą z tak bliska. Mogłam jej dotknąć, gdybym chciała. Ptaszyna, obejrzawszy nas dokładnie każdym czarnym ślepkiem z osobna, odleciała.
A to jeszcze nie był koniec niespodzianek...

Dzik

Szliśmy dalej na szagę przez las, przeskakując po kamieniach strumyki lub ćwicząc równowagę na cienkich pniach pościnanych niedawno jaworów, przerzuconych niedbale przez potoki. Dawno się tak dobrze nie bawiliśmy; Wrocław i kłopoty dnia codziennego zostały gdzieś daleko za nami w świerkowych zagajnikach. Budowaliśmy tamy z kamyków i kopaliśmy rowki dla stojącej na drogach wody, by ściekała w las i nie niszczyła i tak uszkodzonej już nawierzchni. Nic więc dziwnego, że mimo przebycia parunastu ledwie kilometrów byliśmy nielicho zmęczeni i w końcu skierowaliśmy się prosto do domu.
Idąc przez porębę, na której zielenił się już kilkuletni świerkowy podrost, usłyszeliśmy nagle pełne niepokoju chrząkanie i chrumkanie. Rozglądając się za autorem tych dźwięków, zobaczyliśmy w cieniu wyrośniętego świerczka dzika. Stał tam sobie i łypał na nas nieufnie, po czym oddalił się z godnością w jakieś spokojniejsze miejsce. Do Jodłowa mieliśmy jeszcze dobre pół godziny marszu. Strach się było bać, co jeszcze ma dla nas w zanadrzu las...

Liczyrzepa?

Trafiliśmy na naszą tajemniczą drogę, która ma taką dziwną właściwość, że nigdy nie możemy jej znaleźć, kiedy jej szukamy. Z początku zastanawialiśmy się, czy w ogóle dobrze idziemy, i wtedy doleciał do nas poprzez szum wiatru
Na szagę wzdłuż strumienia
Fot. Jerzy Komar
ryk krowy z, wydawałoby się, niedalekiego pastwiska. Bez dalszego namysłu ruszyliśmy przed siebie. Od mostku na Goworówce, przy którym rosną dwa jawory i bez koralowy, było już blisko do wsi, a jednak nadal szliśmy i szliśmy...
Jurek zapytał, czy mi się ta krowa nie przyśniła aby, bo końca wędrówki nie było widać. Odpowiedziałam, że to w takim razie nie była krowa, a Liczyrzepa, złośliwy demon, lubiący płatać niezbyt miłe figle śmiałkom, którzy zawitali w progi jego dziedziny. Odzywał się więc w środku lasu głosem wołu, uderzał gromami z jasnego nieba i w ogóle robił co mógł, żeby ludzi ze swych gór przepędzić. Co prawda według legend Rzepiór urzędował raczej u podnóża Karkonoszy, no, ale może wywędrował dalej w Sudety na gościnne występy?
Nie, chyba jednak nie. Oto rozstaje dróg, gdzie kiedyś wybiegł wprost na nas zając ścigany przez psa (pies oczywiście wkrótce zaniechał pogoni), za nim mostek i już właściwie widać między drzewami polankę przy „Ostoi”.
Po powrocie do Wrocławia sprawdziliśmy mapy internetowe i stare sztabówki, żeby przekonać się, jaką właściwie trasą szliśmy. I wiecie co? Nadal mamy wątpliwości co do tej krowy. Do pastwisk było naprawdę daleko...
Stronę zaprojektował Jerzy Komar