Kanał RSS

Katarzyna Komar 31-10-2013

Mamy cię!

Chociaż tegoroczna jesień jest wyjątkowo piękna, ciepła i pogodna, zawsze miło jest powrócić wspomnieniem do beztroskiego lata, którego kilka dni znów spędziliśmy na Pojezierzu Lubuskim. Na brak przygód znów nie mogliśmy narzekać; zielony bór jak zwykle hojnie nam darzył...
Lipcowy świt na porębie
Fot. Jerzy Komar

Świt na bagnie po raz trzeci

Nasze poranne wyprawy na mokradła stały się już właściwie tradycją. Co roku chociaż jeden letni poranek spędzamy zaczajeni na jednej z licznych ambon myśliwskich, czatując z aparatem na przechodzące nieopodal zwierzęta, wyruszające na żerowiska lub z nich po nocy powracające. Tym razem wybraliśmy nowe miejsce – porośniętą olchowymi odrostami porębę, gdzie ongiś rosła sosna z czarcią miotłą w koronie. Na miejscu byliśmy chwilę po czwartej rano; po drodze zajrzeliśmy na Oczko, spowite jak zwykle białym oparem. Niebo nad pobliską porębą zaczęło się pomału rozjaśniać, z granatowego stawało się liliowe, a wysokie pierzaste obłoczki zarumieniły się od słońca, pięknie kontrastując z koronkową czernią wysokiego boru. Las jeszcze milczał, pojedyncze ptasie głosy dopiero zaczynały się nieśmiało odzywać. Przez mokrą od rosy trawę cicho skradaliśmy się na ambonę, ale ta ostrożność okazała się zbędna – na porębie było pusto. Gdzieś daleko w młodniku zaszczekał daniel – jeden z dwóch ocalałych z liczącego przeszło dwadzieścia sztuk stada, które obserwowaliśmy kilkakrotnie poprzedniego roku. Tego roku nie mieliśmy ujrzeć ani jednego...

Poręba

Na ambonie spędziliśmy blisko dwie godziny, marznąc, drętwiejąc od przymusowego bezruchu. Niewiele udało nam się zobaczyć, za to poranny leśny koncert był przepiękny. Samotnego daniela usłyszeliśmy ponownie, a po drugiej
Ślad uciekającego dzika
Fot. Jerzy Komar
stronie poręby, gdzieś w olchowych ostępach, odezwał się jeleń. Od strony Oczka płynęły mroczne, niepokojące nawoływania dzięcioła czarnego, umykającego nam niepochwytnie od trzech lat, w ciągu których udało nam się go zobaczyć jedynie raz, mimo iż miejsca jego żerowania odwiedzaliśmy wielokrotnie w różnych porach dnia. Właściwie straciliśmy już nadzieję na to, że kiedykolwiek uda nam się go sfotografować...
Kiedy rozwidniło się już dość znacznie, gdzieś nad niedalekim Małym Gołyniem, pośród moczarów, rozbrzmiał żurawi hejnał. Wprawdzie słyszeliśmy już nieraz żurawie, odzywające się wieczorami i o świcie, ale nigdy z tak bliska. Koncert spiżowych żurawich chórów o wschodzie słońca to niezapomniane przeżycie. Las słuchał milcząco razem z nami. Widocznie też był pod wrażeniem...
Na porębę nieśmiało, ostrożnie, wkroczyła sarna-koza. Początkowo rozglądała się niepewnie wokół, ale szybko się uspokoiła do tego stopnia, że ułożyła się na odpoczynek w mokrej od rosy trawie, w cieniu kopulastej olchowej kępy.
Wychylające się znad starego lasu słońce zajrzało w końcu na naszą ambonę. Resztki snujących się skrajem poręby mgieł rozpierzchły się w popłochu. Pomału, żeby nie spłoszyć odpoczywającej nieopodal sarny, zeszliśmy z ambony i wycofaliśmy się ostrożnie w cień wysokiego lasu. Wracaliśmy na camping. Ale to był dopiero początek pełnego wrażeń dnia...

Na starych ścieżkach

Przed wczesnym śniadaniem udaliśmy się jeszcze na pustą o tej porze plażę. Upalne tegoroczne lato zachęcało do kąpieli o każdej porze dnia, a nawet nocy – woda w głębokich polodowcowych jeziorach była ciepła jak w wannie. Rzadko nam się zdarza kąpiel w jeziorze o szóstej rano, ale doprawdy trudno się było oprzeć...
Pogoda niespodziewanie pogorszyła się, więc planowana na ten dzień wyprawa w okolice jeziora Stobno nieco nam
Żuraw (Grus grus)
Fot. Jerzy Komar
się opóźniła. Wyruszyliśmy na szlak dopiero około południa. Dotarliśmy zwykłą trasą nad Oczko, minęliśmy jeziorko i ruszyliśmy prosto na zachód, w kierunku skrzyżowania szlaków rowerowych z drogami leśnymi. Las wydawał się cichy i pusty, dopóki nie dotarliśmy do obsadzonej głogiem i topolami prostej leśnej drogi. Piaszczysty dukt na wysokości kępy świerków lekko się wznosił, i właśnie na tym wzniesieniu ujrzeliśmy łanię. Przebiegała przez drogę, ale dostrzegłszy nas, na chwilę zamarła w bezruchu na tle ciemnej zieleni świerków. Gdy dotarliśmy na miejsce, gdzie przystanęła, zobaczyliśmy za wzniesieniem w mokrawym gruncie mnóstwo śladów jeleni. Widocznie przebiegało tamtędy całe stado, ukryte przed naszym wzrokiem za górką. Chwilę się spóźniliśmy...
Kilka chwil później dotarliśmy do Zielonego Rozdroża, miejsca, gdzie podczas naszych leśnych wędrówek zatrzymujemy się na dłuższy postój i posiłek. Tym razem, kierowani niejasnym przeczuciem, zbliżaliśmy się do tego skrzyżowania leśnych dróg bardzo powoli i ostrożnie. Opłaciło się nam to sowicie – wychodząc na otwartą przestrzeń rozdroża, zobaczyliśmy żerujące wśród młodych buczków stado dzików. Kilka loch z pasiastymi jeszcze warchlakami, w sumie około szesnastu zwierząt. Jak tylko zobaczyliśmy dziki, zaczęliśmy się ostrożnie wycofywać drogą, którą przyszliśmy. Niestety, zwierzęta zwęszyły nas. Jedna z loch fuknęła głośno i całe stado momentalnie zerwało się do ucieczki. Zaskoczeni, nie zdążyliśmy sfotografować żadnego dzika. Stado zniknęło w kępie świerków, a my jeszcze długą chwilę staliśmy na środku drogi, przeżywając to niezwykłe spotkanie.

Jabłoń Czarnego Licha

Po krótkim odpoczynku na Zielonym Rozdrożu dotarliśmy w końcu do rosnącej pośród lasu starej jabłoni, nazywanej przez nas Jabłonią Czarnego Licha. Nazwa wzięła się stąd, że to właśnie drzewo pozowało nam do fotografii na
Bobry poradziły sobie nawet z dębem...
Fot. Jerzy Komar
okładkę opowiadania o słowiańskim demonie. Długo poszukiwaliśmy drzewa, które wyglądałoby wystarczająco upiornie, i w końcu podczas jednej z rowerowych wycieczek natrafiliśmy na ową jabłoń, rosnącą pośród ponurego gąszczu. Wywarła na nas nieliche wrażenie...
Tym razem zakończyliśmy naszą wycieczkę właśnie w tym miejscu i postanowiliśmy wracać do obozowiska. Wybraliśmy oczywiście inną trasę niż ta, którą przyszliśmy. Udaliśmy się w stronę Słowiańskiego Mostu, gdzie na rozległych nadobrzańskich łąkach można zobaczyć żerujące żurawie. Jakoż były tam i tym razem - para dorosłych i jeden młody. Żerowały sobie spokojnie wśród trzcin rosnących na brzegu rowu melioracyjnego. Naoglądawszy się żurawi do woli, ruszyliśmy dalej.
Zbliżyliśmy się do Obry. Wychodząc na otwartą przestrzeń świeżej poręby, spłoszyliśmy stado kilkunastu kormoranów, które odpoczywały sobie na zeschłej wierzbie nad brzegiem rzeki. To było zupełnie niespodziewane spotkanie. Dawno nie widzieliśmy kormoranów w tych okolicach, a już na pewno nie w takiej liczbie. Ponadto w tym miejscu, gdzie je spotkaliśmy, natrafiliśmy na kilka ściętych przez bobry drzew. Za nimi, wzdłuż brzegu rzeki, rozciągało się interesujące mokradło, w którym coś poruszało się i chlupotało. Niestety, nie dowiedzieliśmy się, co to takiego mogło być...
Dzięcioł czarny (Dryocopus martius)
Fot. Jerzy Komar

Mamy cię!

Minęliśmy Stobno i zbliżaliśmy się do asfaltowej drogi idącej przez Borowy Młyn niedaleko dawnego PGR-u. Mijając starą przesiekę, dostrzegliśmy na niej jakiś ruch. Przystanęliśmy. U stóp jednej z sosen na skraju przecinki siedział dzięcioł czarny, tak zaabsorbowany kuciem w pełzające po powierzchni ziemi korzenie drzewa, że zapomniał o bożym świecie. Nie zauważył nas. Obejrzeliśmy go sobie dokładnie, obfotografowaliśmy z każdej strony i w końcu przysiedliśmy pod drzewem nieopodal na krótki odpoczynek. Przez cały ten czas dzięcioł nie zaszczycił nas ani jednym spojrzeniem, nie zwrócił też uwagi na ludzi przechodzących niedaleką drogą. Nie wzruszył go nawet biegający luzem i przeraźliwie hałasujący pies.
Oczywiście nie był to nasz znajomy znad Oczka, ale inny dzięcioł, którego próbowaliśmy bezskutecznie sfotografować przed paroma laty. Wówczas zauważyliśmy go przy drodze do Starej Jabłonki, siedzącego nisko na pniu dębu, pięknie pozującego do zdjęcia. Niestety, zbuntował nam się aparat. Kiedy w końcu złośliwe urządzenie zdecydowało się współpracować, dzięcioł, jakby zniecierpliwiony, zerwał się nagle i odleciał w gąszcz. Nie widzieliśmy go od tamtej pory, ale słyszeliśmy nieraz. Aż do 31 lipca tego roku. Na takie zdjęcia warto było tak długo czekać...
Stronę zaprojektował Jerzy Komar