Kanał RSS

Katarzyna Komar 30-11-2013

A krowie się nie podobało...

Ten tekst napisałam przeszło rok temu. Na gorąco, zaraz po wydarzeniu. Z publikacją postanowiłam jednak zaczekać, aż nieco ochłonę, może co nieco będę chciała wykreślić. I wiecie co? Tyle czasu minęło, a mi wcale nie przeszło. Ani trochę. Nic nie wykreśliłam. A nawet niejedno dopisałam...
Widok z Trójmorskiego Wierchu na wieś
Fot. Jerzy Komar

Nauka musi kosztować

Krowie się ta impreza wcale nie podobała. Ryczała w oborze cięgiem przez dobrych kilka godzin, aż do ochrypnięcia. Nie rozumiała, czemu musi tkwić uwiązana w dusznej klitce przez tyle godzin. Miała świętą rację. Mnie też się to wszystko nie podobało... Mówię tu o rajdzie samochodowym, który w piątek 19 października przechodził przez Jodłów, gdzie akurat mieliśmy pecha wtedy być. O tym, że ma być rajd, dowiedzieliśmy się niestety już po dotarciu na miejsce. Tak się złożyło, że nie mieliśmy możliwości zmiany planów urlopowych; pewne sprawy rodzinne wymagały naszej obecności w tamtej okolicy. Jednak nauczeni tym doświadczeniem będziemy się już zawsze dowiadywać, czy w miejscu, w które się wybieramy, przypadkiem nie są planowane takie lub podobne imprezy...

Zabawa über alles

Z początku informacja o rajdzie nie obudziła naszej czujności. Rajd to rajd, pomyśleliśmy. W końcu widzieliśmy już
Ekipa przy pracy
Fot. Jerzy Komar
niejeden, a i w kilku (jeździeckich) nawet brałam udział. Jednak wybór jedynej drogi w Jodłowie na trasę odcinka rajdu wydał nam się cokolwiek niefortunny – tutaj gospodarstwa, jak w wielu górskich wioskach, są poprzedzielane na pół drogą (jedyną we wsi zresztą). Ponadto z wielu domów, także i tego, w którym mieszkaliśmy, wychodzi się wprost na asfalt. Oznacza to właściwie kompletny paraliż takiego obejścia na czas trwania rajdu. Ale kogo to obchodzi... Rozrywka über alles!
Akurat pechowo mieszkaliśmy tym razem w pokoju, którego okna wychodzą wprost na drogę. Chociaż, z drugiej strony, widowisko mieliśmy przednie... Skoro świt się zaczęło. Pod okna podjechało autko obsługi (?), z którego donośnie łomotała techniawka. Potem zjawili się tłumnie panowie fotografowie i busy obsługi technicznej, które dyskretnie ukryły się za stodołą. Jedząc śniadanie przy stole w swoim pokoju, mieliśmy jedyną w swoim rodzaju możliwość podziwiania panów fotografów bez zażenowania podlewających krzaki i sprzęt rolniczy, stojący w głębi podwórza.
Potem pojawiła się karetka i auta pilotów, jadące na sygnale. Krótko po nich zjawili się pierwsi zawodnicy. Ignorowaliśmy ich przejazdy, zajmując się swoimi sprawami, do pewnego czasu...

Łubudu!

Pośród dziwnych dźwięków, wydawanych przez samochody zawodników (między innymi charakterystyczny łomot obniżonych podwozi o nierówną, dziurawą nawierzchnię drogi), usłyszeliśmy nagle głuchy odgłos uderzenia. Już było
I tak już zostało...
Fot. Jerzy Komar
wiadomo: wypadek. Wśród kibiców i obsługi zapanowało poruszenie; wszyscy rzucili się w jednym kierunku. My podeszliśmy do szczytowego okna i stamtąd zobaczyliśmy pognieciony samochód wbity w róg stodoły. Na szczęście nikomu nic się nie stało, ani załodze, ani gapiom, ani zwierzętom, które przecież mają kojce w tej właśnie stodole... Konie i krowy zazwyczaj przebywają na pastwiskach przez całą dobę, ale tego dnia, ze względu na rajd, pozostały w zamknięciu, przeciw czemu zresztą głośno protestowały. I gdyby nie fakt, że stodoła w znacznej części wypełniona jest po dach sianem, które w dużej mierze zamortyzowało uderzenie, mogłaby złożyć się jak domek z kart, grzebiąc pod sobą nie tylko niefortunnego kierowcę wraz z pilotem, ale i żywy inwentarz...

Przecież nic się nie stało

Ufff... przejechali. Pojechały samochody zamykające rajd, fotografowie także się zwinęli, przyjechała laweta po uszkodzone auto, a busy obsługi odjechały. Organizatorzy również gdzieś zniknęli. No, koniec, pomyśleliśmy i postanowiliśmy udać się rozejrzeć po okolicy.
Wycieraczka przed progiem ganku została rozjechana na placek, w ogródku przybyło kamieni wielkości pięści –
W drodze na Trójmorski
Fot. Jerzy Komar
wypryskiwały spod kół i leciały we wszystkie strony - a w stodole rozwalono kawałek ściany. Ponadto porządnie złożone pod jej ścianą suszące się drewno zostało rozrzucone, i jakoś nikt z ekipy zbierającej rozbite auto nie pokwapił się go z powrotem poukładać. Kilku facetów rozsiadło się wygodnie na klockach drzewa i obserwowało z uwagą, jak jeden z ekipy majstruje przy samochodzie. Ot, praca po polsku... a dziadki niech sobie drewno poukładają...

Błogosławieństwo nieświadomości

Na ogrodzonych pastuchem elektrycznym wybiegach wylegiwali się kibice. Patrzyłam na nich z pewnym podziwem (i zgrozą); mimo znacznego obycia się z końmi (a może dzięki niemu?) w życiu nie odważyłabym się leżeć sobie beztrosko na wybiegu zimnokrwistego ogiera lub buhaja rasy mięsnej. Czy to możliwe, żeby aż do tego stopnia ludzie nie zdawali sobie sprawy, czym grozi bodaj nadepnięcie przez ważące blisko tonę zwierzę (koń) lub tonę trzysta
Świerki na stoku Puchacza
Fot. Jerzy Komar
(buhaj), nie mówiąc już o ataku? Wprawdzie gospodarze przezornie przegnali inwentarz na dalsze wybiegi, nie te przy samej drodze, gdzie zwierzaki przebywają zazwyczaj, ale nieraz widziałam, że się z nich wydostawały, chcąc odwiedzić resztę stada lub po prostu chciały wrócić do stajni Pastuch z cienkiego drutu, w dodatku nie zawsze podłączony do prądu, to dla zdenerwowanego czy wystraszonego zwierzęcia przecież żadna przeszkoda. We wsi mnóstwo jest nieogrodzonych łąk, na których można wypoczywać; ba, są miejsca specjalnie przeznaczone na biwak... tylko że trzeba tam podejść kawałek piechotą, a tooo przecieeeż poood góóórkęęę... Poza tym podczas takiej przechadzki można się pooblewać piwem i co wtedy... Lepiej uwalić się na czyimś prywatnym, ogrodzonym terenie, na pastwisku, polu albo nawet w ogrodzie, nie bacząc na uprawy (które, bagatela, stanowią czyjeś źródło utrzymania - często jedyne), a potem pójść, zostawiwszy po sobie śmieci (przecież właściciel obejścia kubła nie postawił, więc sam sobie winien). Jak krowa poharata racice szkłem z rozbitych butelek, albo, co gorsza, połknie takie odłamki, pokaleczy lub porozrywa przedżołądki i w rezultacie trzeba będzie ją dobić (nie, to nie fantazja literacka - to się niestety zdarza), to przecież wina gospodarza. No bo mógł sobie posprzątać. W końcu to jego pastwisko.
Czcigodny starzec - jawor (Acer pseudoplatanus)
Fot. Jerzy Komar

Ej, wy!

Nareszcie zanurzyliśmy się w las. Wejście na czerwony szlak było dokumentnie zatkane samochodami. Nie chcąc się między nimi przeciskać, postanowiliśmy, że wejdziemy w najbliższą drogę pożarową w tamtym kierunku, która z tym szlakiem się łączy. Nie zdążyliśmy. Na drodze z Goworowa zabrzmiało wściekłe bzyczenie stuningowanego silnika i pojawiło się auto pilota rajdu. Schodząc daleko w las, pomyśleliśmy, że to jakiś zapóźniony samochód zamykający rajd, więc wróciliśmy na drogę. W tym momencie usłyszeliśmy okrzyk: „ Ej, wy! Zejdźcie z drogi, po której jeżdżą litery!”. Rozejrzałam się wokół. Autorką okrzyku była dama w wieku okołomenopauzalnym, zasiadająca w składanym krzesełku ustawionym przy skrzyżowaniu leśnych dróg. Rozkaz był zbędny; przecież o niczym innym w tym momencie nie marzyliśmy, jak tylko żeby zaszyć się w las, ale łatwe to nie było – wszystkie drogi były pozagradzane i pozastawiane. Dama powtórzyła rozkaz. W końcu jakoś przedarliśmy się na szagę przez krzaki, omijając zasieki. Minęliśmy damę, która mierzyła nas wzgardliwym spojrzeniem z wysokości swego składanego tronu. Ogarnęło mnie pomieszane z irytacją rozbawienie; z trudem zwalczyłam w sobie dziwaczną ochotę oddania żartobliwie uniżonego pokłonu przed szmacianokrzesełkowym majestatem. Szczęśliwie rzadko spotykam się z podobnym prostactwem, więc właściwie nie wiedziałam, jak mam zareagować. Ale dałam spokój. Ech, przecież przede mną był las i tylko to było w tym momencie ważne. Las!
Każdy ma swoje problemy
Fot. Jerzy Komar

Organizator miał pod górkę

Nie powiem, wkurzona byłam nielicho. Na codzień obracam się w środowisku ludzi, którzy nawet w sytuacji zagrożenia życia, gdzie wszyscy biegają jak szaleni, niemal z obłędem w oczach, odnoszą się do siebie nawzajem z kulturą. Może jestem przewrażliwiona, że mnie tak to wszystko zirytowało... Ale czy ja mam, u licha, obowiązek wiedzieć, o co chodzi z „literami”? Mam wiedzieć (mimo, że nie było we wsi o tym żadnej informacji, żadnej, null, zero, ani na przystankach, ani na tablicach informacyjnych, ani nawet pod sklepem - sprawdziłam!), że w ogóle ma być jakiś rajd, ile czasu ma trwać i którędy przechodzić? Nie jestem jasnowidzem, żeby to zgadnąć. Na słupach i tablicach ogłoszeniowych w Jodłowie czy sąsiednich wioskach zauważyłam tylko reklamy pożyczek chwilówek. To plakaciarze parabanków mogli do wsi dotrzeć, a organizatorzy rajdu już nie? Taśmy wyznaczające trasę i chorągiewki powiesić mogli, ale plakatów z informacjami już nie? We wsi licznie odwiedzanej przez turystów także (a może zwłaszcza) jesienią?
Aaa, już rozumiem. Fani tej imprezy wiedzieli o niej skądinąd, a reszta przecież wiedzieć nie musi. Jak się na nią gdzieś przypadkiem natkną, tak jak ja swego czasu natknęłam się w Zagórzu Śląskim (też temat na niezłą historię,
Las jest dobry na wszystko
Fot. Jerzy Komar
prawie kryminalną - a to niestety niejedyny taki przypadek, z jakim się osobiście zetknęłam), to jego problem. Po co w ogóle z domu wychodzi!
Musiałam tę moją irytację wychodzić. Wrócić do wsi i tak na razie nie mogliśmy. Droga, którą na chybił trafił wybraliśmy, wiodła jak strzelił wprost na Trójmorski Wierch. Tak więc krok za krokiem, chcąc nie chcąc, zbliżaliśmy się do Góry Przeznaczenia...

Las!

Las milczał jak zaklęty. On tak już ma, że kiedy człowiek gada, nawet głupio, to las milczy i słucha. Teraz słuchał brzęczenia silników, z odległości podobnego do dźwięku roju zirytowanych szerszeni. Był to dźwięk denerwujący, ale odległy. Na tyle niegłośny, że wyraźnie słyszeliśmy milczenie lasu...
Im wyżej się wdrapywaliśmy na stok Trójmorskiego, tym wyraźniej docierał do nas jazgot silników. Góry odpychały go od siebie; ze szczytów staczał się zgrzytliwym echem z powrotem w doliny. Nasłuchując tego brzęczenia, przypomniałam sobie o czytanych czasem w internecie dyskusjach na temat miejskiego hałasu. Zwolennicy głośnego imprezowania w mieszkaniach (no bo przecież wynajęcie przeznaczonego do balowania lokalu kosztuje) zawsze szyderczo radzą znużonym hałasem ludziom, żeby wynieśli się gdzieś het, do lasu, bo przecież miasto z definicji jest miejscem hałaśliwym. No cóż. Wynieśliśmy się do lasu. A piekło i tak nam towarzyszyło...
Sudeckie strumyki nie mają sobie równych
Fot. Jerzy Komar

Moja najmojsza opinia

Narzekam. Zapewne. Ale mam prawo do własnej subiektywnej opinii na temat imprezy, w której uczestniczyłam mimo woli, a nawet wbrew swojej woli. Rozumiem, że takie imprezy są potrzebne. Ludzie mają różne zainteresowania, różnie je realizują. Ale organizacja... no cóż. Nie było przyjemnie stać wewnątrz ganku domu, czuć drżenie jego grubych ceglanych ścian i widzieć, jak rozpędzony samochód o centymetry mija jego róg. Zwłaszcza gdy chwilę wcześniej widziało się, jak jedno z tych gnających opętańczo aut wypada z trasy, bo kierowca stracił nad nim panowanie, i uderza w stodołę. Do Jodłowa przyjeżdżam po spokój, nie po ekstremalne wrażenia. Tych mam aż nadto we Wrocławiu, a jak mi mało, to mam jeszcze hobby. Też niezbyt bezpieczne. No i na jego realizację mam wyznaczone odpowiednie miejsce... zbudowane i wyposażone za prywatne pieniądze, środkami i staraniem członków stowarzyszenia jeździeckiego, do którego wówczas należałam. Nieuciążliwe dla sąsiadów i przechodniów. Jakoś od nikogo nie wymagam finansowania mojego hobby (jak niektórzy quadowcy i crossowcy), od nikogo nie żądam, żeby mi zbudował hipodrom, bo jak nie, to będę galopować po autostradzie, lewym pasem rzecz jasna. No bo przecież muszę się gdzieś realizować...
Krajobraz po rajdzie
Fot. Jerzy Komar

Dogonić uciekający dzień

Kiedy dotarliśmy na szczyt Trójmorskiego, rajd dobiegał końca. Z góry patrzyliśmy na ostatnie auta, sunące drogą w dół wsi. Kiedy przejechały samochody zamykające rajd, natychmiast we wsi zaklekotały dieslowskie silniki ciągników i ruszyła gorączkowa praca, wstrzymywana przez cały dzień. Dzień chylił się pomału ku zachodowi, a zwierzęta wciąż czekały na paszę i wodę. Trzeba było jechać na dalekie łąki, nakosić świeżej zielonki dla zwierząt, które nie mogły wyjść na pastwisko. Potrzebny jest cały wóz trawy. Macie pojęcie, ile się trzeba namachać kosą? Mechaniczna kosiarka, niestety, w tej sytuacji się nie sprawdzi - żaden koń nie ruszy zmasakrowanej w ten sposób trawy (dopóki nie wyschnie ona na siano). Zwierzyniec trzeba też napoić. Starszym, w dodatku schorowanym ludziom ciężko jest nosić wiadra z wodą, a krowom i koniom potrzeba jej naprawdę dużo. Koń, zwłaszcza zimnokrwisty, wypija nawet 30 litrów naraz, krowa zmieści znacznie więcej. Krowy są dwie z cielętami, konie również dwa, a jeszcze świnie, kury, psy... To ile tych wiader razem? Kilkanaście? Dlatego zazwyczaj prowadzi się inwentarz do strumyka, żeby sam się napił, ile potrzebuje. Kłopot w tym, że strumyk jest od obejścia oddzielony drogą...

Ojej, przecież to jest tylko raz kiedyś...

Dlaczego u nas tak jest, że wolność jednych zawsze musi być kosztem drugich? Naprawdę nie da się tego jakoś pogodzić? Tak, żeby każdy uszanował wolność innego? Można powiedzieć, że taka impreza jest tylko raz kiedyś, że to
A w lesie jesień...
Fot. Jerzy Komar
mało przeszkadza. Pewnie. Można przeżyć. Tyle, że takich imprez „raz kiedyś” różne kluby, stowarzyszenia i inne organizacje urządzają razem... ile? Zawsze przypomina mi się w takiej sytuacji wiecznie pozastawiana czyimiś samochodami brama wjazdowa podwórza u moich rodziców na wsi (właśnie w związku z przeróżnymi imprezami, organizowanymi nie przez miejscowych, co jeszcze można zrozumieć, ale przez ludzi nie wiadomo skąd). Niejeden kierowca, upomniany, że bramy zastawiać nie wolno, wzruszał lekceważąco ramionami i mówił, że przecież to tylko „raz kiedyś”. Tak, być może, że on tu zaparkował pierwszy i ostatni raz w życiu. Tylko, że takich kierowców w tygodniu miewaliśmy dwóch, czasem trzech... A tu pilnie trzeba wyjechać - teraz trzeba biegać i szukać takiego delikwenta, i błagać go niemal, żeby łaskawie raczył przeparkować samochód. Niektórzy kierowcy czynili to z naprawdę wielką łaską, mamrotali pod nosem nienadające się do powtórzenia rzeczy i przewracali oczami. Znajomi nieraz opowiadali mi, że puszczały im nerwy, kiedy widzieli entego z kolei delikwenta blokującego im wjazd na pole/podwórze. Jeśli prośby i groźby nie skutkowały, zapinali ciągniki lub terenowe auta do samochodu niekulturalnego kierowcy i odholowywali go w bliżej nieokreślonym kierunku (bywało nawet, że do pierwszego lepszego rowu). Zazwyczaj jedna taka lekcja prawidłowego parkowania wystarczała. Ale jeśli ktoś ciężkiego sprzętu nie posiadał, albo nie potrafił być stanowczy – to miał posesję zastawioną.
Samsara.
Fot. Jerzy Komar

Wolno wszystko..?

Nic to. Drobna sprawa. Nikomu się nic nie stało, zwierzaki też przeżyją dzień w zamknięciu (chociaż znam takie, że zamknięcia nie tolerują i prędzej się zabiją próbując staranować ścianę boksu, niż będą tkwić uwięzione). Ale z takich drobiazgów składa się przecież życie. I wiem, że nie jestem osamotniona w takim podejściu – sporo ludzi również podobnie komentowało poprzedni maraton we Wrocławiu. I nie chodziło im o sam fakt maratonu – bo również zgodnie uważali, że to dobrze, że są takie imprezy, ale o kwestię fatalnej po prostu organizacji, utrudniającej życie wielu ludziom i przez to nastawiającej ich negatywnie do maratonu. Pewnie, że niezainteresowani maratonem czy rajdem mogli się te parę godzin przemęczyć. I nic wielkiego by się nie stało. Ale czy naprawdę o taką bylejakość chodzi? Nie sądzę...
Stronę zaprojektował Jerzy Komar