Kanał RSS

Katarzyna Komar 31-12-2013

Pocztówki z wakacji - cz. IV

Tego roku podczas pobytu nad lubuskimi jeziorami, gdy już odwiedziliśmy wszystkich starych znajomych, zaczęliśmy wybierać się na wycieczki w dalsze rejony, nawet poza granicę województwa. Zachęceni opowieściami obozowiczów, wybraliśmy się na poszukiwanie tajemniczego kurhanu znajdującego się w okolicy Dormowa w powiecie międzychodzkim...

Podróż w czasie

Kurhanu nie znaleźliśmy, pewnie dlatego, że go tam nie ma – jest za to dawne grodzisko, o którym próżno szukać
Grodzisko, domniemany kurhan
Fot. Jerzy Komar
informacji w różnych opracowaniach. Wiadomo tylko, że jest. I na razie tyle musi nam wystarczyć.
Odwiedziliśmy okolice Dormowa kilka razy z rzędu, już to samochodem, już to rowerem (ta rowerowa wycieczka to zresztą temat na osobną opowieść). Krajobraz zmienia się już za Pszczewem – wielkie połacie sosnowych lasów ustępują miejsca łagodnie pofalowanym polom i łąkom. Ziemia jest tam uboga, lekka i piaszczysta, toteż na polach zobaczyć można głównie owies, żyto i przypalone lipcowym słońcem ziemniaki.
Jadąc polną drogą od Świechocina w kierunku Dormowa ma się wrażenie podróżowania w czasie. Na rozstajach dróg stróżują pochylone wiekiem, umajone kwiatami krzyże i kapliczki, po podmokłych łąkach w obniżeniach terenu brodzą dostojnie bociany i żurawie. Gdzieś daleko na skraju lasów pasą się stada krów i koni... W okolicach Wrocławia niełatwo o takie widoki, więc nie mogliśmy się do syta napatrzeć...

Grodzisko

Po prawej ręce otwiera się wielka przestrzeń - to jezioro Dormowskie Duże. Nad jego brzegiem znajdują się zabudowania ośrodka jeździeckiego. Mimo upału na pylistej ujeżdżalni ćwiczy kilkoro jeźdźców. Na piaszczystej drodze liczne końskie ślady świadczą, że dość często wychodzi się tutaj w teren, co wcale nie jest codziennością w wielu
Sielanka
Fot. Jerzy Komar
ośrodkach. Kawałek dalej, pośrodku skoszonej łąki należącej do obiektu, wznosi się stożkowaty nasyp ziemny, porośnięty gęsto krzewami i drzewami. U jego stóp złożono zebrane w bele siano. A więc to jest ten tajemniczy „kurhan”...
Z Dormowa wracamy inną drogą, przez Stoki i Pszczew. Na następną wycieczkę wybraliśmy się już rowerem – upał nieco zelżał, powiewał lekki wiaterek. Tym razem jechaliśmy do Dormowa z zamiarem podglądania żurawi na podmokłej łące. No i udało nam się – ukryci za szpalerem dębów przysiedliśmy na dobre pół godziny na skraju łąki, gdzie żerowała para żurawi. Nie zauważyły nas i zachowywały się bardzo swobodnie – w pewnym momencie w ogóle ułożyły się na odpoczynek. Wówczas wycofaliśmy się chyłkiem i odjechaliśmy stamtąd bezszelestnie.

Mokradło

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze – jakże by inaczej – na skraju rozległego moczaru. Dostępu do niego broniły bujnie rozrosłe bylice, jeżyny i inne zielska, więc postanowiliśmy wrócić na bagno, zaopatrzywszy się uprzednio w odpowiednią odzież i buty. Tak przygotowani, zaparkowaliśmy samochód na skraju drogi i zeszliśmy na przecinkę
Nowe mokradło do eksplorowania
Fot. Jerzy Komar
na skraju bagniska. W nasączonym wodą torfowcu rysowały się duże ślady – podbiegłe brunatną wodą zagłębienia – tak duże, że z początku wzięłam je za ślady konia. Jednak jaki jeździec przedzierałby się przez takie chaszcze? No, koń wprawdzie mógł ponieść, ale ślady wskazywały na to, że zwierzę poruszało się ledwie stępem. A więc to raczej nie był koń. W takim razie co..?

Władca moczarów

Przedzieraliśmy się dzielnie dalej. Zarośla broniły dostępu do moczaru tak skutecznie, że wycofaliśmy się na skraj sosnowego lasu i dalej dziczą ścieżką obeszliśmy największe kępy pokrzyw. Ostrożnie podsunęliśmy się na brzeg mokradła. W kępie usychających olszyn kilkanaście kroków przed nami coś się poruszało. Zanim zorientowaliśmy się, co się właściwie dzieje, z kępy drzew wyskoczył ogromny zwierz, wzrostu dużego konia. Sierść miał ciemnobrązową i lśniącą, kłąb wysoki i wyraźnie ciemniejszy, a na łbie imponujących rozmiarów wieniec. Łoś! Zwierzę szybko zniknęło nam z oczu pośród porastających bagna drzew, i tylko przez chwilę jeszcze słyszeliśmy chlupot wody i trzask łamanych gałęzi. Byk-badylarz znikł pośród moczarów jak duch, ale to nie był koniec naszych przygód tego dnia...
Nie zauważył nas...
Fot. Jerzy Komar
Nie zdążyliśmy jeszcze otrząsnąć się z wrażenia po spotkaniu z władcą bagien, a tymczasem tuż obok, w gęstwinie bylicy i pokrzyw, dały się słyszeć ostrożne stąpania. Przystanęliśmy w bezruchu. Ponad gąszczem zielska, na tle ściany świerków, zarysowały się nagle tyki jeleniego poroża. Dosłownie na wyciągnięcie ręki mieliśmy jelenia-byka! Zwierz nie zauważył nas; powoli i ostrożnie poruszał się w stronę wysokiego lasu.

Ostatnia niespodzianka

Tym razem staliśmy w osłupieniu jeszcze dłużej... A to i tak jeszcze nie było wszystko.
Odczekaliśmy chwilę, aż jeleń się oddali, i ruszyliśmy w stronę boru. Chcieliśmy już wracać do obozowiska; dziczą ścieżką ominęliśmy skraj mokradła i zbliżyliśmy się do drogi. Znów przystanęliśmy, słysząc szelest kroków i głośny plusk – coś przedzierało się przez moczary. Wyjrzeliśmy ostrożnie zza wielkiego świerka i zobaczyliśmy przemykający przez oświetlone słońcem bagna bury cień – dzik! Był całkiem nieźle wyrośnięty, jak zdążyliśmy zauważyć...
Tego lata las rozpieszczał nas po prostu nieprzyzwoicie. Mamy nadzieję, że w nadchodzącym roku będzie równie hojny...
Stronę zaprojektował Jerzy Komar