Kanał RSS

Katarzyna Komar 31-01-2014

Licho

Dwa tygodnie temu wyruszyliśmy na daleką wyprawę - do wschodniej Wielkopolski. Chcieliśmy obejrzeć pewne gospodarstwo rolne, do którego zakupu się przymierzaliśmy, bowiem planujemy założyć własną działalność usługową, związaną z końmi i jeździectwem. Niestety, oględziny wypadły nieszczególnie pomyślnie. Moglibyśmy więc wracać do Wrocławia cokolwiek rozczarowani, no ale przecież nie tylko po to tam pojechaliśmy...
Jezioro Turkusowe we mgle
Fot. Jerzy Komar

W drodze

Słońce świeciło tylko nad Wrocławiem. Już w Mirkowie mgła zaczęła się podnosić, a na wysokości Oleśnicy przesłoniła słońce tak, że połyskiwało zza mlecznego tumanu jak złota blaszka. Nim dotarliśmy do granicy województwa, mgła zgęstniała tak bardzo, że jechaliśmy jak w szarym tunelu. Domy i drzewa przy drodze ledwo majaczyły w siwym oparze. A taką mieliśmy nadzieję na podziwianie widoków podczas podróży... tymczasem szykowały się nudne trzy godziny jazdy, całkiem jak pomiędzy betonowymi osłonami obwodnicy Wrocławia.

Konin

Tutaj przede wszystkim chcieliśmy obejrzeć Jezioro Turkusowe. Jest to nic innego, jak wyrobisko po dawnej kopalni węgla brunatnego, w której wydobycie zakończono w latach 70. Wyrobisko postanowiono zalać wodą. Jednocześnie zaczęto usuwać do niego popioły z pobliskiej elektrowni, i to właśnie one sprawiły, że jezioro to różni się od innych zbiorników pokopalnianych, których w okolicach Konina nie brakuje. Właśnie te popioły nadały wodzie turkusowe zabarwienie, a na brzegach zbiornika utworzyły białą skorupę. Całość wygląda niezwykle malowniczo; tworzy jedyną w swoim rodzaju toksyczną Błękitną Lagunę.
Wzgórze w Lesie Grąblińskim
Fot. Jerzy Komar

Licheń

Gęsta mgła skutecznie utrudniła nam podziwianie osobliwego jeziora - zaglądając ze szczytu skarpy w pobliżu kanału prowadzącego do elektrowni, zdołaliśmy tylko dojrzeć zabagniony brzeg jeziora. Dalej mgła przybierała cudny bladoturkusowy odcień... Tyle tylko zobaczyliśmy.
Nic to, powiedzieliśmy sobie, bo i tak głównym punktem programu (poza gospodarstwem, oczywiście) był Licheń, ale nie słynne sanktuarium, a całkiem nieznane szerszemu ogółowi dawne pogańskie miejsce kultu - świątynia słowiańskiego demona złego losu, pomocnika Pekleńca - Licha, od której Licheń wziął swoją nazwę.

Pogańska świątynia

Betonowy koszmarek architektoniczny, jakim jest bazylika w Licheniu, nie interesował nas ani trochę. Za to postanowiliśmy odnaleźć miejsce w Lesie Grąblińskim, nieopodal Jeziora Licheńskiego, gdzie miała się objawiać Matka Boska. Na pamiątkę tych objawień postawiono w lesie dwie kapliczki. Jedna z nich zawiera kamień, na którym znajdują się "wypalone" ślady stóp Maryi. Faktycznie jednak owe stópki wyrzeźbiono w kamieniu na pamiątkę rzekomych objawień. Owych objawień miał doznać pewien miejscowy pasterz w 1850 roku. Miał on kilkakrotnie wizję Maryi w miejscu, gdzie w lesie na jednym z drzew wisiał XVIII-wieczny
Ofiara
Fot. Jerzy Komar
obraz - popiersie Matki Boskiej z orłem w koronie. Warto wspomnieć, że Kościół nigdy tych objawień nie uznał, sanktuarium jednak powstało...
Sam zaś kamień z kapliczki pochodzi z roztrzaskanego ołtarza słowiańskiego bóstwa, którego świątynia znajdowała się w tym właśnie miejscu. Skoro już tam byliśmy, postanowiliśmy odnaleźć ów tajemniczy pagórek w Lesie Grąblińskim, gdzie nasi przodkowie czcili mroczne bóstwo kręgów podziemnych...

Bóg czy bogini?

Według niektórych opracowań Licho jest bóstwem rodzaju żeńskiego, czasem nawet przedstawianym w malarstwie jako przerażająca stara kobieta. Zapewne więc nieprzypadkowo chrześcijaństwo, gdy dotarło na te tereny, postanowiło przeznaczyć je na miejsce kultu Matki Boskiej. Tak działo się ze wszystkimi leczniczymi źródłami, uroczyskami, świętymi głazami - ich opiekunki, słowiańskie boginie lub żeńskie duchy zastąpiła Matka Boska lub inne chrześcijańskie święte.
A jednak, mimo setek lat zacierania pogańskiej przeszłości tych pradawnych słowiańskich miejsc kultu, ludzie nie zapomnieli o dawnych bóstwach. Często podczas wycieczek w różne tajemnicze miejsca natrafiamy na pozostałości
Współczesna świaszczyca na Ślęży
Fot. Jerzy Komar
obrzędowych ognisk lub obiaty dla słowiańskich bogów - mleko, mąkę, miód. W dawnej świątyni Licha nic takiego wprawdzie nie znaleźliśmy, ale być może dlatego, że kult tego mrocznego bóstwa nie jest u nas zbyt popularny...

Niesłuszny kompleks niższości

Po latach nauki w polskiej szkole można ugruntować się w przekonaniu, że słowiańska mitologia właściwie nie istnieje, że pogański panteon zaginął gdzieś w mrokach niepamięci, wymazany w cudowny sposób w jednej chwili podczas chrztu Polski w 966 roku (który oczywiście trwał nie chwilkę, jak to nam się zazwyczaj wmawia, tylko wieki - co najmniej siedem...). Jest to oczywiście nieprawda, ale polski uczeń, któremu na lekcjach polskiego i historii tłucze się do głowy obcą mitologię grecką i rzymską, wynosi ze szkoły pewien kompleks niższości i żal do przodków, że nie potrafili stworzyć nic równie pasjonującego. Tymczasem prawda jest taka, że owszem, stworzyli, ale w szkole polski uczeń się tego nie dowie. W fińskiej szkole dzieci uczą się na pamięć fragmentów Kalevali, zaś mały Polak najwyżej dowie się, że mitologia i panteon jego przodków to jakieś fantasmagorie, w żaden sposób niepotwierdzone bzdury wyssane z palca. Dlaczego..?
Stronę zaprojektował Jerzy Komar