Kanał RSS


Katarzyna Komar 30-04-2014

Podróże kształcą – cz. I

Latem ubiegłego roku w końcu udało nam się zorganizować wycieczkę szczytami całego pasma Gór Sowich. Przed laty próbowaliśmy już raz pokonać tę trasę, ale kontuzja naszego współtowarzysza zmusiła nas do przerwania wyprawy na wysokości Jugowa i powrotu do Wrocławia. W zeszłym roku jednak zebraliśmy się w sobie, spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy na wrocławski Dworzec Główny na pociąg do Wałbrzycha...

Dolnośląski Mordor

Od lat nie jechałam tamtą trasą. Miałam więc okazję przypomnieć sobie, jak bardzo lubię podróżować koleją. Niemal pusty skład, uprzejmy konduktor, wygładzone torowisko i piękne widoki za oknem – im bliżej Wałbrzycha, tym
Dolnośląski Mordor
Fot. Jerzy Komar
piękniejsze. Tuż przed samym miastem tory rozchwiały się znowu, pociąg zwolnił, chwilami przystawał, by przepuścić składy jadące z przeciwka... Mieliśmy więc dużo czasu, żeby podziwiać rozłożone na stokach Gór Wałbrzyskich miasto. Mimo iż po jego górniczej świetności wiele już nie zostało – z licznych ongiś wyciągów szybowych pozostało ledwie kilka, a hałdy porósł już młody las - to i tak Wałbrzych jest piękny w swej brzydocie i zaniedbaniu; jest tak dolnośląski, jak Wrocław nigdy nie był i nie będzie...
Po niespełna półtoragodzinnej podróży wysiedliśmy na stacji Wałbrzych Główny, gdzie mieliśmy się przesiąść w szynobus Kolei Dolnośląskich. Niestety, odjechał nam sprzed nosa, więc trochę zawiedzeni ruszyliśmy na poszukiwanie innego środka transportu, którym moglibyśmy dostać się do Głuszycy. Żałowaliśmy, że ominęła nas przejażdżka jedną z najbardziej malowniczych tras kolejowych w Europie, w tym przejazd najdłuższym tunelem w Polsce – tunelem pod Małym Wołowcem.

Dynamizm kontra praca u podstaw

No, ale trudno – uciekł, to uciekł. Wyszliśmy więc przed dworzec i trafiliśmy na przystanek wałbrzyskiego MPK. Przez chwilę próbowaliśmy się zorientować, w którą stronę iść, żeby trafić na przystanki prywatnych busików jeżdżących do Głuszycy, ponieważ wiedzieliśmy, że PKS nie obsługuje tamtych okolic. Z pomocą przyszedł nam kontroler MPK, który
Pozostałości głuszyckiego zakładu włókienniczego
Fot. Jerzy Komar
na pętli pod dworcem czekał właśnie na odjazd autobusu, w którym pracował. Okazało się, że tym właśnie autobusem dotrzemy tam, gdzie chcieliśmy. Przemiły pan kontroler objaśnił nam wszystkie zawiłości komunikacyjne Wałbrzycha i okolic, sprzedał nam bilety na autobus, obiecał przypilnować, abyśmy wysiedli we właściwym miejscu i dokładnie opisał trasę z przystanku MPK do parkingu busików. Kiedy już ruszyliśmy z przystanku, opiekę nad nami przejęli również częściowo inni pasażerowie. Wydawali się uważać za punkt honoru, aby turyści z Wrocławia zachowali jak najlepsze wspomnienia z ich miasta. A poziom obsługi w wałbrzyskiej komunikacji miejskiej zaskoczył nas niebywale. Od rodziny i znajomych z Wałbrzycha i okolic słyszeliśmy już wcześniej, jak fantastycznie zorganizowano tam miejski transport w ostatnich latach, ale nie spodziewaliśmy się, że różnica między arcydynamicznym, szastającym milionami na prawo i lewo Wrocławiem, gdzie w MPK pasażer jest zbędnym balastem, a zapadłym biednym Wałbrzychem będzie tak kolosalna na korzyść tego drugiego. Co prawda nasze doświadczenia komunikacyjne z Lublina, gdzie przez rok mieszkaliśmy, również świadczyły o tym, że da się zorganizować transport miejski tak, aby był przyjazny dla pasażera, ale przez lata mieszkania we Wrocławiu naprawdę można porzucić wszelką nadzieję, że MPK może działać sprawnie i sensownie.

Można? Można!

Nadal w szoku, wysiedliśmy w końcu na naszym przystanku, żegnani miło przez kontrolera i pasażerów, z którymi gawędziliśmy przez cały czas tej dość długiej przejażdżki. Bez trudu odnaleźliśmy parking busików, chociaż odszukanie
Widok na Głuszycę ze Skałki
Fot. Jerzy Komar
tych właściwych „nysek” nie było już takie proste. Chociaż nie minęła jeszcze dziesiąta, upał zaczynał się już dawać mocno we znaki. Szczęśliwie niebawem pojawił się busik zmierzający do Głuszycy. W mgnieniu oka zapełnił się ludźmi i już zaczęliśmy się martwić, że będziemy zmuszeni zaczekać na następny kurs, gdy kierowca zapewnił nas, że jakoś się wszyscy zmieścimy, i rzeczywiście – udało się, chociaż upchnięcie naszych sporych plecaków i dwudniowych zapasów wody w maleńkim busiku było wyzwaniem nie lada. Również tutaj pasażerowie wykazali się życzliwością i sympatią i pomogli nam się ulokować z naszymi tobołami w autobusie.
Tutaj również poczuliśmy się jak w gronie starych dobrych znajomych. W busiku jechali ludzie z różnych miejscowości na trasie Wałbrzych – Głuszyca, ludzie różnych zawodów i zainteresowań. Wyglądało jednak na to, że wszyscy się dobrze znają, bo cały czas rozmawiali z ożywieniem i zagadywali nas również. W busiku jechały opalone na brąz i mocno umalowane nastolatki, zmęczone starsze panie z koszami warzyw z działki, robotnicy leśni w drelichach, młodzi chłopcy w czapkach z daszkiem i ze słuchawkami na uszach... Słowem, byli to ludzie różniący się od siebie tak, jak tylko różnić się można, a jednak odnoszący się do siebie życzliwie. Da się..?

Trzydzieści pięć stopni w cieniu

W narastającym upale wysiedliśmy w końcu w Głuszycy za mostem, na początku ulicy Kolejowej. Pan kierowca cierpliwie czekał, aż wygramolimy się z naszymi bagażami z busika, po czym pożegnaliśmy się i udaliśmy się w drogę – tymczasem do rodziny, u której zamierzaliśmy przeczekać największy upał, by przed wieczorem ruszyć dalej...
Stronę zaprojektował Jerzy Komar