Kanał RSS


Katarzyna Komar 31-05-2014

Podróże kształcą – cz. II

Minęła już godzina siedemnasta, a upał wcale nie zelżał. Wręcz przeciwnie, miało się wrażenie, że jeszcze się spotęgował. Powietrze w dolinie Bystrzycy zamarło w bezruchu, parzące jak rozpalona blacha. Trzeba jednak było ruszać w dalszą drogę, jeśli chcieliśmy dotrzeć do Wielkiej Sowy przed zmrokiem...
Dawny park z willą fabrykanta
Fot. Jerzy Komar

Pięć stawów

Ruszyliśmy pod górę ulicą Leśną, mijając po drodze dawny ogródek jordanowski z willą Kauffmanna, tzw. pałacem fabrykanta z 1894 roku. Za parkiem rozciąga się ogromny pusty plac po budynkach dawnych Zakładów Bawełnianych, rozkradzionych, zdewastowanych – przerażająca ilustracja genialnej polityki przemysłowej naszego państwa. To złodziejska prywatyzacja czasu przemian spowodowała, że Głuszyca z tętniącego życiem przemysłowego miasteczka, do którego po wojnie zjeżdżali się do pracy ludzie z całej Polski, stała się zapadłą mieściną, która swoim mieszkańcom nie może już nic zaoferować...
Tak snując niewesołe rozważania zagłębiliśmy się w las. Wkrótce przekroczyliśmy Marcowy Potok, wypływający z pierwszego ze stawów. Te głuszyckie stawy, wybudowane w XIX wieku na potrzeby zakładów włókienniczych, od zawsze były miejscową atrakcją – zimą dla łyżwiarzy, latem dla pływaków (mimo, że odkąd pamiętam, objęte są zakazem kąpieli i mimo, że regularnie znajduje się w nich topielców i niewypały), a o każdej porze roku - dla wędkarzy. Teraz też na płaskich brzegach trzech pierwszych stawów opalało się na kocach mnóstwo ludzi, na bardziej niedostępnych skarpach siedzieli wędkarze; dymiły grille i ogniska. Przy piaszczystej łasze trzeciego stawu pluskały się małe dzieci, zbierając połyskujące miką naniesione przez potok kamyki.

Tekstylne zakłady zbrojeniowe

Tuż za trzecim stawem, niedaleko tablicy oznaczającej granicę Parku Krajobrazowego Gór Sowich, przy samej drodze znajduje się skalna wnęka. Tam właśnie, jak wiem z opowieści dziadków, wiele lat temu wydarzyła się tragedia – dwóch chłopców z Głuszycy znalazło w tym właśnie miejscu niewypał, zaczęło się nim bawić... jeden z chłopców tej zabawy nie przeżył...
Podobnych historii w Głuszycy można usłyszeć więcej. Mimo upływu przeszło siedemdziesięciu lat, nadal nietrudno
Piąty staw
Fot. Jerzy Komar
jest natknąć się tam na wciąż groźne pozostałości wojennej historii miasteczka. Mnie samej udało się kiedyś znaleźć, podczas zwykłego niedzielnego spaceru, skorodowane resztki niemieckiego hełmu w jednej z tzw. wartowni tuż przy Marcowym Potoku, a także łuski karabinowe i nieliczne pełne naboje. Natomiast w samych stawach i wokół nich regularnie znajduje się pociski moździerzowe i artyleryjskie – podczas ostatnich remontów stawu czwartego i piątego znaleziono ich kilkadziesiąt. W sumie nic dziwnego – w Głuszycy w czasie wojny na terenie fabryk włókienniczych funkcjonowały filie zakładów zbrojeniowych Kruppa.

Krowa w studzience

Przy piątym stawie przystanęliśmy na chwilę. Niedaleko przepustu między stawami znajduje się głęboka studzienka, kiedyś zakryta drewnianymi belkami, obecnie otwarta i niezabezpieczona, ziejąca groźnie pośród pokrzyw i podbiałów. Podobno kiedyś wpadła do niej krowa i wszyscy, nie wyłączając właściciela i wezwanych na pomoc robotników leśnych uważali, że zwierzę trzeba już spisać na straty. Krowa jednak nie zamierzała się poddać i muczała ze studzienki o ratunek, aż echo szło po lesie. Robotnicy podumali, podumali, zaprzęgli do roboty leśny ciągnik i wydobyli z dołu wystraszoną, ale całą i zdrową krasulę.
To niestety jedna z niewielu historii o szczęśliwym finale, jakie słyszałam od rodziny. Lesiste i górzyste okolice Głuszycy ze swymi rzekami, stawami, sztolniami i bunkrami pochłonęły wiele ofiar, nie tylko w czasie wojny, ale jeszcze długo po niej...

Kolano

Nieco powyżej piątego stawu, gdzie niebieski szlak rusza ostro pod górę na szczyt Włodarza, leśna droga skręca szerokim łukiem w prawo, ku sztolniom Osówki. Ten zakręt przez niektórych nazywany jest Kolanem. Na tej rozległej,
Kolano
Fot. Jerzy Komar
bezdrzewnej, płaskiej przestrzeni zwykli dawniej odpoczywać leśni robotnicy. Pewnej mroźnej zimy rozpalili sobie na tym rozdrożu ognisko, chcąc się ogrzać i posilić. Ogień buzował już w najlepsze, śnieg wokół ogniska topił się, odsłaniając sporą połać zrytej kołami ciężkich tatr ziemi. Nagle ktoś odwołał grzejących się przy ogniu ludzi do jakiejś pilnej roboty. Na całe szczęście – ledwie zdążyli odejść od ogniska, kiedy ziemia pod nim eksplodowała; fontanna śniegu i błota trysnęła w górę. Na miejscu ogniska utworzył się szeroki, ale dość płytki lej. Tak, dobrze zgadujecie – dokładnie w tym miejscu znajdował się skład amunicji...
Ta przerażająca historia przypomina mi się za każdym razem, kiedy docieram do Kolana. Zastanawiam się, czy aby na pewno saperzy, którzy tam potem szukali starych pocisków, znaleźli wszystko...

Tajemnicze Podziemne Miasto

Niedaleko Kolana droga zanurza się w cień dość licznych w tym miejscu jodeł. Ponury zielonkawy półmrok pod ich gałęziami stanowi właściwą oprawę dla ukrytych tu i ówdzie w gąszczu resztek zabudowań poniemieckich. Przecież już niedaleko stąd do słynnego Tajemniczego Podziemnego Miasta. Jako dziecko Głuszycy zwiedzałam jego ciekawostki na długo zanim zostało udostępnione do zwiedzania. Pamiętam dobrze Kasyno, Siłownię, skład cementu, ale zawsze największe wrażenie robił na mnie ziejący mrokiem szyb sztolni, mający głębokość blisko pięćdziesięciu metrów. Trzymając się bukowego pnia na skraju szybu, usiłowałam zajrzeć na samo dno tej czarnej otchłani, słuchając jednocześnie makabrycznych opowieści o wpadających do niej sarnach i jeleniach, które łamały karki o skaliste ściany szybu, zanim jeszcze spadły na dno...
Czarny szlak
Fot. Jerzy Komar

Grządki

Spacerując sobie niespiesznie wzdłuż poziomic, minęliśmy lasem sztolnie w Zimnej Wodzie i dotarliśmy do czarnego szlaku powyżej wsi Grządki. Wysypaną tłuczniem drogą zeszliśmy na łąki, napawając oczy widokiem Wielkiej Sowy w przedwieczornym słońcu. Odnaleźliśmy dalszy ciąg szlaku, biegnący przez łąkę, zarośnięty chaszczami. Szlak w swoim starym przebiegu wił się przez podwórka, ale miejscami zdążono go już skorygować.
Tam, gdzie tego nie zrobiono, musieliśmy maszerować na wyczucie, ale jakoś udało nam się nie popaść w konflikt z żadnym właścicielem obejścia ani żadnym psem łańcuchowym. Niemiła niespodzianka spotkała nas tuż przy samym zejściu na asfalt, gdzie szlak był... zamknięty, zastawiony drewnianymi koziołkami i zabezpieczony taśmami drogowymi. Na koziołku widniała tabliczka z zakazem wstępu. Pewnie zawahalibyśmy się, czy iść tamtędy dalej, gdyż wyglądało to na teren prywatny (a nawet plac budowy), gdyby nie to, że przed nami musiał tamtędy wędrować jakiś bardziej krewki turysta, który widząc taką głupotę, po prostu staranował osobliwą barykadę i niezrażony poszedł dalej. Nie pozostało nam nic innego, jak pójść w jego ślady – zwłaszcza, że innej drogi nie było.
Stronę zaprojektował Jerzy Komar