Kanał RSS


Katarzyna Komar 30-06-2014

Podróże kształcą – cz. III

Dotarliśmy do lokalnej szosy asfaltowej mniej więcej w połowie drogi między Rzeczką a Walimiem. Czekało nas niestety kilka kilometrów marszu po asfalcie, szczęśliwie mało uczęszczaną trasą. Wieczorny cień piął się szybko na stoki Wielkiej Sowy, a my rozglądaliśmy się już za miejscem na nocleg...

Wille i ruiny

Spacer przez Walim to ciekawe doświadczenie. Krajobraz dolnośląskiej wioski, rozciągniętej w dolinie rzeki Walimki, psują rozsypujące się pozostałości przeróżnych budynków przemysłowych, zaniedbanych i zrujnowanych, w tym wielkich tkalni i przędzalni lnu, które mniej więcej od połowy XIX wieku do upadku PRL hulały pełną parą.
Widok na Wielką Sowę
Fot. Jerzy Komar
Według planów z lat 70. XX wieku Wałbrzych wraz z okolicznymi miejscowościami miał stać się trzecią wielką aglomeracją w Polsce; miał się tu rozwijać przemysł wydobywczy, metalurgiczny, hutniczy i włókienniczy. No cóż... PRL upadł, nastała upragniona wolność i... Właśnie. Widać, co.
Sporo widzi się w Walimiu pięknych poniemieckich willi z muru pruskiego lub szachulcowych, ozdobionych unikatową stolarką. Niektóre z nich odnowiono, inne cierpliwie czekają na remont. Zaabsorbowani podziwianiem architektury miejscowości, znowu przegapiliśmy miejsce, w którym powinniśmy zejść na żółty szlak. Na swoje usprawiedliwienie możemy tylko powiedzieć, że nie było łatwo na niego trafić...

Znikający szlak

W poszukiwaniu żółtego szlaku zawędrowaliśmy niemal do centrum Walimia. Zawróciliśmy. Jest! I nagle znika. Skręcamy w pierwszą uliczkę w lewo. Pniemy się pod górkę jakieś dwieście metrów w stronę cmentarza ofiar faszyzmu. No nie, to na pewno nie tutaj. Mapa się nie myli. Wycofujemy się do głównej ulicy i idziemy dalej w stronę Rzeczki. Druga uliczka. W plamie zachodzącego słońca na chodniku przy skręcie w ulicę Warszawską grzeje się
Stok Małej Sowy
Fot. Jerzy Komar
przepiękny czarny kot o bursztynowych oczach. Spogląda na nas podejrzliwie spod zmrużonych powiek. Zerkamy na mapę. Wygląda na to, że to tu. Mapa jest cokolwiek niedokładna, ale zakładamy, że idziemy w dobrym kierunku. Mijamy ładnie utrzymany ogródek, w którym pracuje starsza pani. Kobieta przerywa swoje zajęcie i przygląda nam się z życzliwą uwagą.
- Państwo pewnie na Sowę idą? - zagaduje. Potwierdzam. Jurek pyta, czy dobrze idziemy, bo szlaku nadal ani widu, ani słychu.
- Tak, tak, dobrze – mówi kobieta. - Tutaj wszyscy błądzą, bo trasa jest nieoznakowana. Zamalowali stare oznaczenia, a nowego nikt nie namalował.
Upewniliśmy się jeszcze, czy rozbicie namiotu na widocznych w oddali łąkach nie ściągnie na nas żadnych kłopotów i podziękowawszy za informacje ruszyliśmy przed siebie. Jeśli chodzi o znikające szlaki, to jest to, można powiedzieć, taki dolnośląski folklor. Przemierzając Sudety nierzadko natykamy się na trasy źle oznakowane, nie oznakowane w ogóle, zamknięte, zlikwidowane. Do tego samego folkloru należy także korespondencja z tutejszymi oddziałami PTTK w celu uzyskania jakichkolwiek informacji w tym zakresie. Korespondencja owa pozostaje bez odpowiedzi. Zawsze. No cóż. Przywykliśmy.

Deszcz

Słońce już niemal schowało się za masywem Włodarza, Mała Sowa skryła się w cieniu. Po całym dniu upału ruszył się wiatr; napędził skądś burych, ciężkich chmur. Przystanęliśmy na krótki odpoczynek nad strumykiem, by się nieco ochłodzić w górskiej wodzie. Nie było wiadomo, kiedy trafi się następna okazja, żeby się ochlapać. Chmury skłębiły się groźnie, spadły pierwsze drobne krople. Ledwo wytchnąwszy, zebraliśmy się więc w dalszą drogę. Łąka nad strumykiem, ewidentnie uczęszczana chętnie przez miejscowych, nie wydała nam się bezpiecznym obozowiskiem. Musieliśmy odejść dalej; przemaszerowaliśmy więc kawałek drogi przez las, odchodząc od żółtego szlaku i ponownie
Wieża na Wielkiej Sowie
Fot. Jerzy Komar
schodząc na ugorujące łąki, porośnięte młodymi bukami. Rozłożyliśmy obóz przy bocznej drodze w miejscu osłoniętym od wiatru. Nasz malutki namiocik świetnie wtopił się w bujną roślinność. Nadmuchaliśmy materace, rozesłaliśmy śpiwory i w końcu mogliśmy odpocząć po wielu godzinach marszu. Byliśmy tak zmęczeni długą drogą i wykańczającym upałem, że mimo stosunkowo wczesnej godziny, przekąsiwszy byle co na kolację, skryliśmy się w namiocie.

Głosy nocy

Co roku spędzamy mnóstwo czasu na campingach pod namiotem lub w przyczepie, ale nocleg w takim miejscu, na kompletnym odludziu, był dla nas zupełnie nowym doświadczeniem. Szum wiatru i szmer deszczu szybko nas uśpił, ale w środku nocy zbudziły nas niesamowite odgłosy przechodzących w pobliżu zwierząt. Tuż za cienką poliestrową ścianką namiotu słyszeliśmy tajemnicze piski, ostrożne stąpania, węszenie, szelesty... Po raz pierwszy w obcowaniu z przyrodą zdani byliśmy tak całkowicie i wyłącznie na słuch, i to było niezwykłe doświadczenie. Szybko jednak oswoiliśmy się z tymi głosami nocy i usnęliśmy znowu, dopóki nie zbudził nas o świcie hałas silnika łazika leśniczego, którym robotnicy z Rzeczki jechali do pracy na niedalekiej porębie. Zwinęliśmy więc obóz i już spakowani zjedliśmy naprędce wczesne śniadanie. Kolejny postój zaplanowaliśmy dopiero na Wielkiej Sowie.
Stronę zaprojektował Jerzy Komar