Kanał RSS


Katarzyna Komar 31-08-2014

Podróże kształcą – cz. V

Na szczycie Małej Sowy wytchnęliśmy przez krótką chwilę i niemal natychmiast ruszyliśmy dalej. Przez otwartą przestrzeń na wierzchołku przeciągał chłodny, przesycony rosą powiew; powietrze przestało być ciężkie. Mimo to dało się już wyczuć, że dzień zapowiada się upalny i męczący.
Sudecki bonsai
Fot. Jerzy Komar
Wielką Sowę zdobyliśmy przed godziną ósmą. Trochę zamarudziliśmy po drodze, fotografując krajobrazy i niezwykłych kształtów drzewa, jakie można znaleźć na zboczach Sowy. Na szczycie rozlokowaliśmy się w jednej z wiat, rozkładając kuchenkę spirytusową, żeby przygotować w końcu jakieś solidne śniadanie. Spędziliśmy tam niemal godzinę. W tym czasie pojawił się pracownik wieży i natychmiast oddalił się, by uzupełnić zapasy wody na cały dzień. Obserwowaliśmy go przez chwilę, zastanawiając się, czy nie zrobić tego samego. Ale ubytki w naszych zapasach jak dotąd były niewielkie, a mapy obiecywały, że na planowanej trasie natrafimy na kilka źródełek, więc postanowiliśmy z tym zaczekać.
Ruszyliśmy zatem dalej, w stronę przełęczy Kozie Siodło. Trasa nie była trudna, a my wypoczęci, więc przebyliśmy ją szybko. Dalej czekała nas Kozia Równia, gdzie podczas podobnej wycieczki kilka lat wcześniej przeżyliśmy bliskie spotkanie z sarną i jej koźlęciem, a stamtąd pomaszerowaliśmy dalej w stronę Przełęczy Jugowskiej. Upał zaczynał już dobrze dawać się we znaki, więc poniżej przełęczy przystanęliśmy na krótki odpoczynek, solennie obiecując sobie nie zatrzymywać się w Jugowie nawet na krótką chwilę. Mieliśmy ku temu powody...

Zygmuntówka

Otóż nasza zeszłoroczna wyprawa przez Góry Sowie to było nasze drugie podejście do pokonania tego pasma gór. Pierwszą próbę odbyliśmy w większym gronie kilka lat wcześniej. Zakończyła się ona porażką z powodu fatalnej pogody i kontuzji współtowarzysza.
Za pierwszym razem noclegi zaplanowaliśmy w schroniskach PTTK, do których należy między innymi jugowska Zygmuntówka. Kiedy zmęczeni marszem z Głuszycy do Przełęczy Jugowskiej zeszliśmy do schroniska, doznaliśmy w pustym obiekcie takiego przyjęcia, że czym prędzej zwinęliśmy na wpół rozpakowane manatki i powlekliśmy się dalej. Cena miejsca w brudnym sześcioosobowym pokoju, dla osób z legitymacjami PTTK (czyli - teoretycznie - uprawnionymi do zniżek) przewyższyła kwoty, jakie płaciliśmy za noclegi w pensjonacie za miejsce w dwuosobowym pokoju z łazienką. To jeszcze przełknęliśmy - byliśmy wykończeni, a pogoda okropna. Ale szybko okazało się, że nie ma możliwości skorzystania z prysznica - woda była zakręcona, a kabiny pozbawione były drzwi, podobnie jak toalety.
Na szczycie Słonecznej
Fot. Jerzy Komar
Nie, że głupawo przeszklone czy coś. W ogóle żadnych drzwi nie było! Wyobrażacie sobie coś takiego..? Pani na recepcji, zapytana o przyczynę tego stanu rzeczy, tylko niegrzecznie wzruszyła ramionami. Powiedziała, że ostatecznie wodę można odkręcić, ale i tak jest zimna. Następnie odkryliśmy niemożność skorzystania z dostępu do sieci elektrycznej - w gniazdkach w pokoju nie było prądu. Recepcjonistka w akcie wielkiej łaski zaoferowała się podłączyć nam telefony do podładowania na recepcji. Wrzątek do zaparzenia herbaty również mogła nam zaoferować - ale oczywiście za dodatkową opłatą.
No i ten nieszczęsny wrzątek w plastikowym kubeczku przelał czarę goryczy. Spakowaliśmy się z powrotem i poprosiliśmy o zwrot naszych legitymacji i opłat. Znów z bagażami na grzbiecie powlekliśmy się w drogę.

Niegościnna wieś

Pech nas nie opuszczał. Jurek ruszył przodem dowiedzieć się o noclegi we wsi. Po półgodzinie wrócił do nas z niczym. Siedliśmy znużeni na mostku i zastanawialiśmy się, co robić dalej, bo kontuzja naszego współtowarzysza dawała się we znaki coraz mocniej. Wówczas nadszedł drogą pewien miły miejscowy człowiek. Wybrał się na spacer z psem, ale dostrzegłszy nas debatujących na moście w zapadającym szybko zmroku podszedł do nas i dowiedziawszy się, o co chodzi, zaoferował pomoc.
Na próżno. W towarzystwie miejscowego człowieka chodziliśmy od drzwi do drzwi - od jednej agroturystyki do drugiej. Wszędzie odmawiano nam miejsca na nocleg; do każdego nagle przyjechali krewni i nie było miejsc. Wędrując od wczesnego dzieciństwa po górach nauczyłam się, że w górskich obiektach turystycznych istnieje takie niepisane prawo, że wędrowcowi, który przy złej pogodzie i po ciemku schodzi z gór, należy udzielić gościny. Widać w Jugowie o tym nie słyszeli. Niektórzy w ogóle nie otworzyli drzwi - przypatrywali nam się tylko zza firanek i czekali, aż odejdziemy.
Pan z pieskiem towarzyszył nam przez blisko godzinę, aż stało się jasne, że nic nie wskóramy i pozostaje nam albo wspinanie się z powrotem do Bukowej Chaty, gdzie na miejsce na pewno mogliśmy jeszcze liczyć, albo nocleg pod gołym niebem w siąpiącym nieustannie deszczu. Nietrudno zgadnąć, co wybraliśmy...
Serdecznie pożegnaliśmy pana z pieskiem, jedynego sprawiedliwego w tej Sodomie i Gomorze, i powlekliśmy się dalej.
Buki w rezerwacie
Fot. Jerzy Komar
Po powrocie do Wrocławia oczywiście napisaliśmy pismo do PTTK z opisem warunków panujących w schronisku i jakości obsługi, które - cóż za zaskoczenie! - pozostało bez odpowiedzi. Pozostało zatem tylko unieść się honorem i legitymację PTTK cisnąć w kąt. Skoro i tak była nieprzydatna, to po co ją nosić..?

Uczymy się na błędach

Tę historię przypomnieliśmy sobie, przemierzając Góry Sowie rok temu. Nauczeni przykrym doświadczeniem, postanowiliśmy szerokim łukiem omijać wszelkie turystyczne obiekty w Jugowie. Niestety, szlak poprowadził nas niebezpiecznie blisko niesympatycznego schroniska. Zauważyliśmy, że przebieg trasy został niedawno skorygowany tak, żeby bardzo dokładnie okrążał cały obiekt dookoła - na drzewach wyraźnie było widać zamazane farbą dawne oznaczenia szlaku, a stare ścieżki nie zdążyły jeszcze całkowicie zarosnąć. Szlak w swoim dawniejszym przebiegu był znacznie wygodniejszy, ale widocznie PTTK zmuszone było zmienić trasę, by choć w ten sposób nagonić klientów niegościnnemu schronisku. Poprawa warunków w obiekcie najwyraźniej jest ponad jego siły.
Wspiąwszy się powyżej Zygmuntówki, przysiedliśmy na chwilę na skraju drogi. Mieliśmy stamtąd niezły widok na schronisko. W pewnym momencie dostrzegliśmy grupkę objuczonych sprzętem turystów, którzy zbaczając ze swojej trasy skierowali się do schroniska, zapewne w poszukiwaniu noclegu. Nie bez pewnej złośliwej satysfakcji zauważyliśmy, jak turyści po chwili opuścili obiekt i szybkim krokiem skierowali się z powrotem na swój szlak. Coś w ich postawie i żywiołowej gestykulacji pozwalało zgadywać, że raczej do schroniska nie powrócą. Czyżby więc przez ostatnie lata w obiekcie nic się na lepsze nie zmieniło? Woleliśmy nie sprawdzać...
No cóż. Miejsce to pozostaje na naszej mapie oznaczone jako
Widok na Sowę z Kalenicy
Fot. Jerzy Komar
swego rodzaju osobliwość. Podczas licznych wędrówek po różnych miejscach Sudetów, Przedgórza, a także Tatr, często korzystaliśmy z usług różnych obiektów PTTK i większość z nich wspominamy całkiem miło, bo są to miejsca o niezwykłej atmosferze, odwiedzane często przez równie niezwykłych ludzi. A tutaj... cóż, wyjątki zdarzają się wszędzie.

Pierwotny las bukowy

Dźwignęliśmy się na nogi i ruszyliśmy dalej, ostro pod górkę w kierunku Rymarza i dalej, przez Zimną Polankę na szczyt Słonecznej. Tam zaczynał się ciekawy rezerwat przyrody Bukowa Kalenica, gdzie pośród skałek o fantastycznych kształtach rosną skarłowaciałe buki, również przybierające niesamowite kształty. Jest to stanowisko wielu chronionych roślin, spośród których udało nam się podczas wędrówki wypatrzyć jedynie kopytnik i marzankę wonną. Podczas kilku godzin wędrówki nasze zapasy wody skurczyły się niepokojąco, więc zaczęliśmy pomału rozglądać się za źródełkami. Tymczasem jednak zbliżaliśmy się do szczytu Kalenicy, skąd spodziewaliśmy się ujrzeć wspaniałe widoki...

Kalenica

W pełni zasługuje na swoją nazwę. Tak jak na nizinach z kalenicy domu można obejrzeć całą okolicę, tak z tej sudeckiej Kalenicy również można sięgnąć wzrokiem bardzo, bardzo daleko. Tym bardziej, że można wdrapać się na ciekawej konstrukcji wieżę widokową i napawać się obrazem niknących w błękitnawej mgiełce dalekich równin. Ponadto na wieży czekała na turystów miła niespodzianka - ktoś zostawił w deszczoodpornej skrzyneczce na szczycie coś w rodzaju księgi pamiątkowej, do której zbierał wpisy turystów podziwiających widoki z Kalenicy. My również zostawiliśmy w niej swój wpis. W brulionie brakowało już czystych kartek, tak wiele osób się już zdążyło do niego wpisać. Wydało się nam to dość zaskakujące, biorąc pod uwagę, że na szlaku nie spotkaliśmy dotąd niemal nikogo. A jednak, jak widać, sporo ludzi jednak przemierza sowiogórskie ścieżki...

"Leśne zioło, leśne zioło, niech nie będzie nam wesoło!"1

Następny postój wypadł nam na Polanie Bielawskiej. Tam, u źródła powyżej szlaku, zamierzaliśmy uzupełnić zapasy wody, a w turystycznej wiacie rozłożyć kuchenkę i przygotować obiad. Gdy jednak schodziliśmy z Kalenicy, okazało się, że nigdzie na trasie nie możemy przystanąć bodaj na moment, ponieważ szlak i jego okolice opanowane były przez... gromady mrówek różnych gatunków, które przypuszczały wściekły atak na każdego, kto zatrzymał się choć na chwilę.
Wiata na Wigancickiej Polanie
Fot. Jerzy Komar
Im niżej schodziliśmy, tym bardziej zaczynaliśmy się niepokoić, bo gromady mrówek gęstniały z każdą chwilą - drogą płynęły ich czarne strumyczki, zbiegające się czasem w szerokie potoki. Nie inaczej było na polanie; o odpoczynku w wiacie mogliśmy tylko pomarzyć. Zjedliśmy suchy prowiant usadowieni na zdezelowanych ławkach nieopodal szlaku, z nogami podciągniętymi pod siebie, kurczowo obejmując plecaki, a wyprawa po wodę skończyła się wieloma bolesnymi ukąszeniami. Ot, taka ciekawa przygoda z małymi leśnymi wojami.

Wigancicka Polana

Upał narastał, stronami przechodziły burze; w dodatku zaczął nas nękać dokuczliwy ból głowy. Uwolniwszy się od uciążliwego towarzystwa mrówek, zaczęliśmy się rozglądać za miejscem na dłuższy popas. Akurat Wigancicka Polana, z wiatą turystyczną i strumykami w pobliżu, wydała się atrakcyjnym miejscem. Zmęczeni dotarliśmy tam wreszcie późnym popołudniem i ułożyliśmy się na odpoczynek w cieniu rozłożystego buka. W obliczu pogarszającej się pogody nieco zaniedbana, choć wciąż nie najgorsza wiata wydała się całkiem przyzwoitym miejscem na nocleg. Choć od Przełęczy Woliborskiej dzieliły nas ledwie godzina marszu, postanowiliśmy tego dnia nie iść już dalej. Karimaty i śpiwory rozłożyliśmy jednak dopiero po zapadnięciu zmroku - przez Polanę przejeżdżali hałaśliwi crossowcy, którzy, jak wiadomo, są ludem wielce drażliwym i byle co potrafi ich sprowokować do agresywnych zachowań, więc woleliśmy nie rzucać się im w oczy.

Ostatni dzień

Przez niemal całą noc towarzyszył nam monotonny szmer deszczu. Zbudziliśmy się co prawda dość wcześnie, jednak ciągłe opady zatrzymały nas na Wigancickiej Polanie niemal do południa. Potem przez góry snuła się zimna mgła, która
Srebrna Góra
Fot. Jerzy Komar
osiadała na nas i na naszych bagażach, czyniąc wszystko nieprzyjemnie mokrym. Zwinęliśmy jednak obóz i ruszyliśmy w kierunku Przełęczy Woliborskiej.
Mgła i mżawka towarzyszyły nam już do końca naszej wędrówki, aż do Srebrnej Góry. Za Przełęczą wspięliśmy się na stok Szerokiej, niebieskim szlakiem, lawirując zręcznie między zakazami wstępu z powodu ścinki drzew, która jednakże nie była tam wówczas prowadzona. Dalej była Malinowa i Gołębia, aż w końcu dotarliśmy do drogi fortecznej, kiepsko wybrukowanej, którą trafiliśmy do donżonów Srebrnej Góry. Fort podziwialiśmy z daleka, majaczący we mgle, a panorama położonej w dolinie Srebrnej Góry po prostu zapierała dech. Naprawdę, można było stać i patrzeć godzinami, ale przed nami była jeszcze cała daleka droga do Wrocławia...
Gdy już odnaleźliśmy przystanek PKS w Srebrnej Górze, cała reszta była prosta. Traf chciał, że zdążyliśmy dosłownie na kilka minut przed odjazdem ostatniego tego dnia autobusu do Ząbkowic. Z Ząbkowic dotrzeć do Wrocławia to również żadna sztuka, bo komunikacja jest wcale przyzwoita, więc przed godziną siedemnastą dotarliśmy na miejsce. Tak się zakończyła nasza trzydniowa wędrówka przez Góry Sowie. Jeśli czegokolwiek żałowaliśmy, to tego, że przez okropną pogodę straciliśmy parę godzin, które mogłyby nam wystarczyć na dotarcie ze Srebrnej Góry do Barda. No, ale widać tym razem musieliśmy poprzestać tylko na Górach Sowich...

  1. Christa J., Kajko i Kokosz - Wielki Turniej, KAW 1975
Stronę zaprojektował Jerzy Komar