Kanał RSS


Katarzyna Komar 30-11-2014

Pocztówki z wakacji - cz. VI

Brama zamku
Fot. Jerzy Komar
Na drugi dzień pobytu w górach mieliśmy zaplanowaną jeszcze ambitniejszą trasę, ale pogoda pokrzyżowała nam plany. Ze szczytu Stożka wracaliśmy do Sokołowska biegiem, ścigani falami ulewnego deszczu, kryjąc się po wiatach i pod drzewami. Jak na złość, gdy już niemal dotarliśmy z powrotem do pensjonatu, pogoda nieoczekiwanie poprawiła się i zaświeciło słońce. Nie dowierzaliśmy jednak tej nagłej odmianie i postanowiliśmy resztę dnia spędzić zwiedzając okolicę samochodem. Celem naszej wyprawy były ruiny wiatraków, których wbrew pozorom jest w pobliżu Wałbrzycha całkiem dużo, zaś główną atrakcją wycieczki miały być ruiny zamczyska Cisy...

Niewidzialny szlak

Obejrzawszy kilka zdewastowanych holendrów ukrytych skrzętnie w zaroślach wśród pól w okolicach Wałbrzycha, ruszyliśmy do Strugi, skąd niebieskim szlakiem planowaliśmy dotrzeć do zamku Cisy. Chociaż ruiny położone są niedaleko popularnego Książa, nie jest łatwo do nich trafić. Teoretycznie prowadzi do nich kilka szlaków pieszych i rowerowych, ale są one - jak to zwykle w Sudetach - poprzerywane i pogmatwane. Tak więc nie robiliśmy sobie wielkich nadziei na to, że uda nam się trafić na którykolwiek z nich i udaliśmy się po prostu na szagę polną drogą wśród łanów kwitnącej gryki.
Zamek
Fot. Jerzy Komar
Na szlak trafiliśmy dopiero po dobrym kilometrze marszu. Niebawem, już pod samym lasem ujrzeliśmy chyba z pięć oznaczeń szlaku, nabazgranych w jednym miejscu na kamieniach i drzewach. Zaraz potem zanurzyliśmy się w las...

Nęciska

Niebo było niskie i pochmurne, a po ścierniskach na skraju lasu przemykał słaby, wilgotny powiew. Gdy weszliśmy między drzewa, duszne, ciężkie powietrze uderzyło nas jak obuchem. Ogłuszający smród zepsutej kiszonki, rozrzuconej po nęciskach w pobliżu ambon, niemal zwalił nas z nóg. Z początku sądziliśmy, że źródłem okropnego zapachu są pobliskie mokradła, na których ślad swego przejścia znaczyły gęsto stada dzików, ale szybko przekonaliśmy się, że potworny odór dobiega z pobliża licznych ambon myśliwskich. I rzeczywiście, tu i ówdzie w wysokiej trawie pośród świerków dało się dostrzec czarne i brunatne plamy rozrzuconej kiszonki, na widok której szanujący się rolnik dostałby rozstroju nerwowego. Odpady pochodzące z gospodarstw rolnych, których zwierzęta hodowlane nie tknęłyby racicą, zostały wyrzucone do lasu - dla zwabienia pod ambony zwierząt, które do dyspozycji miały świeżo spadłe żołędzie, pachnące grzyby, soczystą trawę i inne leśne smakołyki.
Skarpa
Fot. Jerzy Komar
Gdzie w tym sens..? Co prawda nie mogę powiedzieć, żeby nas takie marnotrawstwo zmartwiło - zgniła, źle przygotowana kiszonka rozrzucona przez myśliwych odstraszyła zwierzęta od ambon skuteczniej niż niejedna akcja "ekologów". Ale długo zastanawialiśmy się nad tym, jaki sens ma wywożenie do lasu, kupowanego, jak to zawsze chętnie podkreślają myśliwi, za "prywatne pieniądze" pożywienia, którego nie tknie nawet zdychająca z wycieńczenia w ciemnej oborze zaniedbana krowa. No cóż. Widocznie musi kryć się za tym jakaś wyższa logika, niedostępna niewtajemniczonym.

Cisy

Po półgodzinie wędrówki w duszącym smrodzie za zakrętem drogi ujrzeliśmy przerzucony nad głęboką fosą drewniany pomost, a za nim zrekonstruowaną w latach międzywojennych zamkową bramę. Za nią piętrzyły się dostojne siwe mury, ustrojone we wspaniałe zielone suknie z pluszowych mchów i koronkowych paproci. Gdzieś daleko w dole u stóp urwistego zbocza, po prawej ręce szumiała wesoło Czyżynka, zsuwając się bystro ze skalnych progów.
Mury zamku
Fot. Jerzy Komar
Ten imponujący, choć mało znany zamek książąt świdnicko-jaworskich zrobił na nas niezapomniane wrażenie. Jego wysokie mury, przysadzisty stołb, potężne skarpy ogromnie przytłaczają. Opuszczony jeszcze w XIX wieku, potem beztrosko rozbierany przez okolicznych mieszkańców na budulec, zamek zachował mimo wszystko wiele ze swej wspaniałości. Kryje w sobie wspomnienie awanturniczej raubritterskiej przeszłości i wiele romantycznych legend...
Na zamku byliśmy sami. Obeszliśmy więc ruiny wzdłuż i wszerz, oglądając mury od wewnątrz i od zewnątrz. Wdrapaliśmy się do stołbu i zajrzeliśmy do jedynej chyba ocalałej sali, gdzie sącząca się szczelinami sklepienia woda utworzyła już niewielkie stalaktyty, zwieszające się ze spoin między kamieniami. Długo nie mogliśmy się rozstać z zamczyskiem...
Zerkające nieśmiało zza chmur słońce przed zachodem obejrzało się jeszcze na Cisy, złocąc posiwiałe ze starości mury zamczyska. W ostatnim świetle dnia wracaliśmy do Strugi, zdając się na wyczucie i nie przejmując się już wcale znikającym co jakiś czas szlakiem; zresztą dość szybko straciliśmy go na dobre z oczu. Na skraju lasu minęliśmy, otoczony zasiekami niczym jakiś obiekt wagi państwowej, staw - czyżby ten sam, w którym piękna Liska z towarzyszkami prała ongiś swe rusałczane szaty? - i odetchnęliśmy w końcu czystym powietrzem. Niedaleko, na skraju wsi, czekał na nas zaparkowany samochód. Niebawem ruszyliśmy więc w powrotną drogę do Sokołowska.

Bibliografia

Źródła i opracowania

  1. Lutsch H., Verzeichnis der Kunstdenkmäler der Provinz Schlesien, 1886-1903
  2. Pilch J., Zabytki architektury Dolnego Śląska, Wrocław 1978
Stronę zaprojektował Jerzy Komar