Kanał RSS


Katarzyna Komar 28-01-2016

Powrót do przeszłości

Zapewne zastanawiacie się, drodzy Czytelnicy, czym spowodowane jest nasze półroczne już ponad milczenie... Otóż przyczyna naszego zniknięcia z internetu jest dość prosta, choć niewiarygodna: od przeszło pół roku wojujemy z dostawcą energii elektrycznej, który nie chce nam dostarczać prądu. Wydawać by się mogło, że dostęp do energii
O te 20 m kabla zasilającego wojujemy od przeszło pół roku
Fot. Jerzy Komar
elektrycznej to w obecnej dobie standard - jednak, jak widać, XIX wiek jeszcze miejscami w kraju ma się dobrze. Nie jesteśmy wyjątkiem pod tym względem, ani tym bardziej nie jest nim Opolszczyzna - podobnych opowieści o oczekiwaniu latami na podłączenie (rekordziści, nasi znajomi, czekali... 5 lat - w końcu postawili elektrownię wiatrową i słoneczną) słyszeliśmy na pęczki od znajomych z różnych stron Polski...

Piec typu "koza" i wiadro na łańcuchu

Jak już wiecie, na początku lipca ubiegłego roku zakupiliśmy gospodarstwo rolne na północnym skraju Opolszczyzny. Gospodarstwo do 2013 roku posiadało przyłącze elektryczne. W chwili zakupu jednak podłączone do sieci nie było i w związku z tym przed zakupem dowiadywaliśmy się, jak będzie wyglądało ponowne podłączenie takiego obiektu. Tak my, jak i nasza agentka z biura nieruchomości, uzyskaliśmy zapewnienie, że przyłączenie jest czystą formalnością i będzie dokonane w ciągu kilku dni. Jednak po dziś dzień zmuszeni jesteśmy korzystać z agregatu prądotwórczego... Zasilamy nim piec podajnikowy CO i wydobywamy z bardzo głębokiej studni wodę, dla siebie i dla dwóch koni. Co stanie się w chwili, gdy agregat zawiedzie, łatwo sobie wyobrazić... Tak, mimo próśb i apeli byliśmy zostawieni sami sobie, gdy nadeszły mrozy sięgające -18 stopni. Na szczęście nasz generator, mimo że jest niewydajny, to jednak odporny i dawał radę mimo takich temperatur. Drugorzędną sprawą w tej sytuacji jest olbrzymi
Zdążyliśmy w tym czasie położyć wodociąg...
Fot. Jerzy Komar
koszt korzystania z agregatu - przecież całe lato i jesień remontowaliśmy zabudowania o powierzchni przeszło 500 metrów kwadratowych, korzystając z prądu z generatora...

Kompetentni i kulturalni

W lipcu 2015, nieświadomi przyszłych trudności, wysłaliśmy pierwszy wniosek o przyłączenie (tak, pierwszy, bo były jeszcze kolejne...). W sierpniu przysłano nam umowę, którą podpisaliśmy i odesłaliśmy. Teraz już miał zjawić się monter i podłączyć nas do prądu. Teoretycznie. Praktycznie jednak odbyło się to tak, że zaczęły się telefony z rejonu. Panie z punktu obsługi klienta wypytywały nas o dane poprzednich właścicieli przyłącza, bo niby nie były w stanie ustalić ich personaliów. Zrobiłam to więc za nie, żeby tylko przyspieszyć procedurę. Zaś w drugiej połowie sierpnia przed siódmą rano odebrałam zagadkowy telefon:
  • Halo? Będzie ktoś w domu dzisiaj?
  • Będzie - odpowiedziałam
  • To ja przyjadę.
Okazało się później, że był to monter liczników. Odbyłam z nim wielce osobliwą rozmowę, przy której na szczęście byli świadkowie. Facet najbezczelniej w świecie domagał się łapówki, w dodatku za coś, czego załatwić nie mógł (ale udawał, że może). Niestety nie jestem biegła w tego rodzaju dyplomacji i nie zorientowałam się, czego monter się ode mnie domagał; połapałam się dopiero później. Monter, zdenerwowany moją niedomyślnością, pożegnał mnie ironicznie mówiąc, że długo jeszcze będziemy ciągnąć na benzynie...

Anulowane zgłoszenie

...kanalizację...
Fot. Jerzy Komar
Po tej wizycie w naszej sprawie zaczął się zastój, który trwał niemal do końca września. W tym czasie kilkakrotnie dzwoniliśmy na infolinię dostawcy, i wciąż otrzymywaliśmy zapewnienia, że "procedura jest w toku". Aha, a juści... Dopiero 29 września(!) kolejny konsultant uświadomił nas, że nasze zgłoszenie zostało anulowane, w dodatku już jakiś czas temu. Jak, dlaczego, przez kogo - tego już nam nie powiedział. Zalecił tylko, żebyśmy udali się do najbliższego biura obsługi klienta, ponieważ telefonicznie nie da rady załatwić naszej sprawy, gdyż rzekomo jest niesłychanie skomplikowana.
Pojechaliśmy więc czym prędzej do Opola. Tam odsiedziawszy słuszne kilka godzin w punkcie obsługi klienta zostaliśmy w końcu przyjęci i dowiedzieliśmy się, że musimy złożyć kolejne zgłoszenie. Znowu zaczęło się kserowanie dokumentów, które przecież dostawca już posiadał, kompletowanie innych papierów, które okazały się niezbędne (poprzednio jakoś nie były), ale prawdziwa polka zaczęła się później...

Równi i równiejsi

Na początku października zjawił się pracownik dostawcy energii i dokonał potrzebnych pomiarów, a także zrobił zdjęcia naszego obejścia. Sprawdzał również, czy aby nie kradniemy prądu ze słupów, które znajdują się na naszej działce. Pod koniec miesiąca przysłano nam nową umowę i kolejne papiery do wypełnienia. Uporaliśmy się z tym możliwie jak najszybciej i odesłaliśmy. Wśród dokumentów znajdował się druk Zgłoszenia Instalacji, który powinien wypełnić
...dach...
Fot. Jerzy Komar
elektryk-instalator z uprawnieniami. Znaleźliśmy czym prędzej odpowiedniego fachowca, który pomierzył naszą instalację, wypełnił papiery i poskanował swoje dokumenty potwierdzające uprawnienia. Wszystko to wysłaliśmy, gdzie trzeba i na początku grudnia otrzymaliśmy pismo, że nasz elektryk nie posiada stosownych uprawnień. Ciekawe, prawda..?
Sprawa okazała się bardzo prosta. Pocztą pantoflową dowiedzieliśmy się od pracowników dostawcy energii, że musimy po prostu znaleźć lokalnego elektryka. Nasz nie posiadał bowiem jednego, najistotniejszego dokumentu - był Dolnoślązakiem, nie Opolaninem.
No cóż. Kopać się z koniem nie zamierzaliśmy i czym prędzej postaraliśmy się o lokalnego elektryka, który zresztą okazał się być przemiłym i kompetentnym człowiekiem. Sam narzekał na kłopoty z załatwianiem jakichkolwiek spraw u dostawcy energii, więc dobrze nas rozumiał. Jako stary pracownik lokalnej Energetyki robił wielkie oczy, że tak prosta sprawa, jak podłączenie naszego gospodarstwa do sieci, przeciągana jest w nieskończoność. Udzielił nam na odjezdnym kilku rad, co do załatwienia naszej sprawy i wręczył nam dokumenty. Tym razem papiery były w porządku...

Zgoda na wejście na teren posesji

Chociaż elektryk wyraził opinię, że podłączenie zapewne nastąpi przed świętami Bożego Narodzenia, tak się jednak nie stało. Minęły święta i Nowy Rok, zaczęły się silne mrozy... Na początku stycznia ktoś się znów pojawił. Prywatnym autem, więc nie od razu zorientowaliśmy się, z kim mamy do czynienia. Okazało się, że zaszczycił nas wizytą
...a prądu jak nie było, tak nie ma.
Fot. Jerzy Komar
podwykonawca, który miał podłączyć naszą instalację domową do słupa. Znów - kolejne pomiary, kolejne zdjęcia i kolejne papiery... Podpisałam ponadto zgodę na wejście na nasz teren i dokonanie niezbędnych prac montażowych. Zapytaliśmy o przypuszczalny termin podłączenia. Podwykonawca rozłożył bezradnie ręce. Powiedział, że poprosi kolegów, by się pospieszyli, ale niczego obiecać nie może... No jasne. Znowu nic z tego.
Tymczasem 8 stycznia ujrzeliśmy parkujący na naszej działce samochód serwisowy dostawcy energii. Ucieszona pognałam do panów, których w aucie siedziało pięciu lub sześciu, zapytać, czy może przyjechali nas podłączyć. Ależ skąd! Przyjechali obcinać gałęzie, które wchodziły na linie elektryczne...
Ręce mi opadły. To do diaska ciężkiego można przysłać ekipę, która ledwo mieści się w aucie, żeby obcięła gałęzie, których nie ma (we wsi nie było drzew zagrażających linii energetycznej, za to są takie na naszej działce - te pozostały nieobcięte), a nie da się przysłać dwóch czy trzech gości, którzy podłączyliby nas w końcu do sieci..?
Panowie z busa posilili się, załatwili potrzeby fizjologiczne na naszej działce i odjechali w stronę zachodzącego słońca. Przyznam, że kiedy podpisywałam zgodę na wejście na naszą posesję, nie takich działań się spodziewałam...
A tymczasem jest już 28 stycznia, i tak - dalej jedziemy na benzynce, jak przepowiedział nam pan monter...
Stronę zaprojektował Jerzy Komar