Kanał RSS


Katarzyna Komar 29-02-2016

Droga przez mękę - cz. I

Skoro podjęłam już takie optymistyczne tematy, jak w poprzednim tekście, pozostanę dalej w tym klimacie. Mieszkając już blisko osiem miesięcy „na swoim”, dojrzałam do zmierzenia się z traumą pięcioletnich poszukiwań własnego miejsca na Ziemi. No dobrze, uporajmy się z tym...
Beznadziejny przypadek
Fot. Jerzy Komar

Pierwsze koty za płoty

Pół roku mieszkania w Wielkim Mieście wystarczyło, żeby dać mi solidnego kopa do szukania lokum gdziekolwiek, byle poza granicami metropolii. Poszukiwania rozpoczęliśmy na terenie gminy Żórawina. Pierwsza obejrzana przez nas posesja okazała się być kompletnym niewypałem, wartym wzmianki o tyle, że był naszym pierwszym. Właściciel domu już na wstępie nie dawał nam, jak i innym oglądającym wielkich nadziei, że zarówno dom, jak i działka, będą się nadawały do czegokolwiek. Na miejscu okazało się, że rzeczywiście dom nadawał się jedynie do zaorania i posypania miejsca po nim święconą solą, zaś na pięcioarowej, wąskiej jak kiszka działce, po wykopaniu kilkudziesięciu metrów odwodnień moooże udałoby się postawić altankę. Albo garaż na rower. Nic większego nie dałoby się na niej wcisnąć.
Tak, właściciel pierwszego domu był uczciwy. Niezmiernie rzadko zdarzało nam się trafić na uczciwych sprzedawców (zarówno właścicieli, jak i agentów nieruchomości) w ciągu kolejnych pięciu lat poszukiwań.

Nieformalne zakazy

Z wolna krystalizowały się nasze plany co do połączenia funkcji mieszkalnych poszukiwanej posesji z planami zawodowymi – krótko mówiąc, zaczęliśmy szukać już nie domu z kawałkiem działki, a gospodarstwa, ponieważ zamierzaliśmy prowadzić działalność związaną z końmi. Najbliższe okolice Wrocławia nijak nie oferowały nam takich możliwości. Dlaczego? Ano choćby dlatego, że przeprowadzającym się z miasta na przedmieścia ludziom okropnie przeszkadzają zwierzęta hodowlane. W związku z tym w podmiejskich gminach można się spotkać z szykanami miejscowych władz wobec tych, którzy jeszcze się przy chowie zwierząt gospodarskich upierają. Niejednej opowieści
Ten z kolei był w porządku, za to okolica mocno nieciekawa
Fot. Jerzy Komar
na ten temat wysłuchałam stojąc na przystanku autobusowym w mojej rodzinnej wsi. Ofiarą niezadowolenia nowych mieszkańców padł także sam sołtys, który co prawda hodowli zwierząt nie prowadzi, jednak podpadł nowym sąsiadom tym, że w sobotnie popołudnie orał swoje pole przy granicy ich działki. Ponieważ nie chcieliśmy na początku nowego życia popadać w podobne idiotyczne konflikty, więc ucząc się na cudzych błędach, zmieniliśmy całkowicie obszar naszych poszukiwań.

Nieuczciwi sprzedający

Zaczęliśmy od przeglądania map i planów zagospodarowania przestrzennego gmin, które nas zainteresowały, poszukując miejsc, w których rolnicza działalność nie będzie nikomu przeszkadzać. Zjeździliśmy głównie obszar Dolnego Śląska, ale zagnało nas i do Wielkopolski, i na Opolszczyznę. Z początku dawaliśmy się nabierać na różne kłamstwa agentów nieruchomości, jak i właścicieli, ale w miarę jak nabieraliśmy doświadczenia, wiele przekrętów dawaliśmy radę rozpoznać już w momencie rozmowy telefonicznej ze sprzedającym, bądź podczas wymiany maili. Niektóre bardziej kuriozalne maile zachowaliśmy sobie nawet na pamiątkę.
Niezłym miejscem na rozpoczęcie własnego końskiego biznesu wydał nam się powiat jaworski na Dolnym Śląsku, a zwłaszcza okolice Parku Krajobrazowego Chełmy. Wybrawszy kilka ciekawych lokalizacji, rozpoczęliśmy korespondencję z wójtem gminy. Okazał się być człowiekiem otwartym na współpracę, bardzo zainteresowanym rozwojem gminy, jak i zachowaniem unikalnego jej charakteru. Bardzo spodobała nam się tamta okolica, jednak (z wyjątkiem jednych właścicieli kilkuhektarowego gospodarstwa) trafiliśmy na kompletnie niepoważnych sprzedających. Szczególnie zapadł nam w pamięć jeden człowiek...

Taksydermista-hobbysta

Upatrzyliśmy sobie nieduże, ale przepięknie położone gospodarstwo. Wielkość budynków, zwłaszcza domu, trochę nas przeraziła. Zabudowania gospodarcze zdawały się być w całkiem przyzwoitym stanie, ale dom i grunt rolny okazały się być zapuszczone w przerażającym stopniu. Właścicielem gospodarstwa był zapalony myśliwy, który miał zwyczaj
Cudna okolica to niestety nie wszystko
Fot. Jerzy Komar
oprawiać upolowane zwierzęta w jednym z pomieszczeń na parterze domu... Szczątki ustrzelonych zwierząt - pióra, wnętrzności, kawałki kości zostawiał po prostu na miejscu; gruba ich warstwa, częściowo już rozłożona w czerwcowym upale, zakrywająca kamienną posadzkę, wydzielała koszmarny odór. Inne wyraźne oznaki zamiłowań właściciela - liczne trofea w postaci poroży, wyleniałych, zapleśniałych skór, zdobiły większość pokoi. Jakby tego było mało, kilka pomieszczeń, stanowiących osobne mieszkanie, zawalone było rzeczami poprzednich jeszcze właścicieli - rodziny z dwójką dzieci, która wyprowadziła się z gospodarstwa kilka lat wcześniej(!).
Biorąc pod uwagę ogrom prac, jakie czekałyby nas przy porządkowaniu tej stajni Augiasza, zaproponowaliśmy sprzedającemu cenę cokolwiek niższą od wyjściowej. Kategorycznie odmówił, bardzo oburzony, więc bez żalu zrezygnowaliśmy z zakupu. Jednak blisko dwa lata później dowiedzieliśmy się, że gospodarstwo zostało sprzedane za cenę niższą od tej, jaką proponowaliśmy. No cóż - dom, oprócz wielkiego sprzątania, wymagał kapitalnego remontu: wymiany całego totalnie skorodowanego ogrzewania centralnego, odbudowy wysadzonych, popękanych kominów, położenia nowych instalacji, przełożenia dachu, słowem, ogromnego wkładu pracy i funduszy. Kto przy zdrowych zmysłach wyłożyłby w tej sytuacji małą fortunę na sam zakup?
W tej samej miejscowości obejrzeliśmy jeszcze jedno gospodarstwo, w identycznej cenie, kilkuhektarowe, bardzo zadbane, wręcz wymuskane, mimo ciężkiej choroby właścicieli. Nie zdecydowaliśmy się na zakup z powodu bardzo specyficznie położonych i ukształtowanych gruntów. Ale przykro nam było strasznie.
W ten to sposób na terenie jednej miejscowości zdobyliśmy bardzo różnorodne doświadczenia. A to był dopiero początek naszej drogi...
Stronę zaprojektował Jerzy Komar