Kanał RSS


Katarzyna Komar 29-03-2016

Droga przez mękę - cz. II

Dwa tygodnie później udaliśmy się z kolei na Opolszczyznę, w okolice Nysy, by obejrzeć kolejne wyszukane
Kosztowny, ale kompletnie głupi remont
Fot. Jerzy Komar
w międzyczasie w internecie gospodarstwa. W jednej miejscowości znów trafiły nam się do obejrzenia dwa, ale z nich tylko jedno urzekło nas na tyle, żeby o nim napisać.

Koryto zamiast wanny

Okolica była bardzo ładna – wzgórza, lasy, strumyki... Upatrzone gospodarstwo położone było wysoko na stoku pagórka; wyżej znajdował się tylko barokowy kościół otoczony murem. Dość zadbaną działkę przecinał strumyk w wybrukowanym korytku. Cena przystępna, dom po częściowym remoncie – nowe okna drewniane, gładzie na ścianach, panele i płytki na podłogach – no zapowiadało się cudnie. Trochę co prawda mało gruntu, ale działka obok była na sprzedaż lub do dzierżawy, więc perspektywy rozwoju były. Przystąpiliśmy zatem do szczegółowych oględzin. Wprowadzeni przez właścicielkę bocznym wejściem obejrzeliśmy parter domu. No, faktycznie, kuchnia, dwa pokoje i przedsionek wyremontowane były z dużym nakładem kosztów, jednak wszędzie unosił się zapach wilgoci i stęchlizny. Nie uszło naszej uwagi, że pokryte gładziami ściany łuszczyły się wszędzie na wysokości nawet do pół metra od podłogi; pokrywały je plamy różnych odcieni i ślady wysoleń. Właścicielka rozłożyła bezradnie ręce: ona nie wie, czemu tak jest. Przecież dom jest świeżo po remoncie, to wszystko powinno być w porządku. No tak, budynek jest trochę zawilgocony, ale to dlatego, że zimą nikt tam nie mieszka i w ogóle... Wystarczy porządnie wywietrzyć, dogrzać i wszystko będzie cacy.
Zamieniliśmy tylko szybkie spojrzenia, wiedząc już na pewno, że nie kupimy tego domu, ale poprowadzeni dalej, mimo wszystko ruszyliśmy zwiedzać kolejne pomieszczenia. Sień przed frontowym wejściem jako żywo przypominała scenerię z Pory mroku – obłażące z tynku ściany, ceglana podłoga, i dokładnie na środku murowanego podwyższenia pod ścianą – olbrzymie kamionkowe koryto. Okazało się, że była to... łazienka. Nie, że projektowana czy coś. Podobno normalna, używana łazienka.

Tajne przejście

Ale i tak nie to było najciekawsze. Właścicielka poprowadziła nas z sieni dalej, do piwnicy domu. Nie było nam dane dokładnie ją obejrzeć, ponieważ jakoś trzy stopnie poniżej korytarza rozciągała się tafla wody. Głębokiej na przeszło metr. W dodatku poruszanej jakimś podziemnym prądem. W słabym świetle latarki zdołaliśmy tylko dojrzeć, że piwnica
Szachulec
Fot. Jerzy Komar
się rozgałęzia; schody skręcały dość ostro w prawo, a na wprost ciągnął się jakiś mroczny tunel, kierujący się w stronę kościoła; przypominało to jako żywo podziemne budowle kompleksu Riese. Czyżby znajdowało się tam jakieś tajemne przejście? Po Śląsku krąży mnóstwo dziwnych opowieści na ten temat. Niektóre, choć skrajnie nieprawdopodobne, po bliższym zbadaniu okazują się być prawdziwe...
Po krótkim namyśle zrezygnowaliśmy z jedynej w swoim rodzaju okazji zostania właścicielami systemu poniemieckich bunkrów. Nie, to nie dla nas...

Nieprofesjonalni agenci

Nas interesowało mianowicie coś innego. Otóż od dłuższego już czasu „chorowaliśmy” na domy szachulcowe. I trzeba trafu, że znaleźliśmy spore gospodarstwo, położone w powiecie złotoryjskim, w jednym z jego piękniejszych miejsc. W dodatku w bardzo przystępnej cenie. Problem, jak się okazało, stanowił jedynie agent nieruchomości z biura położonego w Poznaniu, który uparcie ignorował wszelkie nasze próby kontaktu. Nie odbierał telefonów (dzwoniliśmy na wszystkie podane na stronie numery, a trochę ich było), nie odpowiadał na maile. W tej sytuacji uznaliśmy, że skontaktujemy się z właścicielem gospodarstwa sami. Oczywiście, jak to zwykle bywa, dokładna lokalizacja nieruchomości nie była podana w ogłoszeniu, ale określiwszy położenie i rozmiar budynków, przejrzeliśmy mapy Geoportalu i znaleźliśmy gospodarstwo bez większego trudu. W pewien deszczowy grudniowy weekend po prostu pojechaliśmy je obejrzeć. Nie zastawszy właściciela na miejscu, poszliśmy porozmawiać z sąsiadami. Niestety, mimo iż we wszystkich odwiedzonych przez nas domach byli ludzie, nikt nie pofatygował się z nami porozmawiać. Dopiero
Nad Notecią
Fot. Jerzy Komar
w pobliskim gospodarstwie agroturystycznym gospodarze nie dość, że chętnie udzielili nam wszelkich informacji, a nawet dali kontakt do właściciela upatrzonej nieruchomości, to jeszcze poczęstowali herbatą i ciastkami. Zaraz skorzystaliśmy z podanego numeru telefonu i zadzwoniliśmy do właściciela szachulca. Okazało się, że gospodarstwo zostało sprzedane już blisko rok wcześniej (!). Dlaczego zatem figurowało na honorowym miejscu na stronie biura nieruchomości? Pewnie dlatego, że był to ładny i ciekawy obiekt, i zapewniał stronie sporą oglądalność. Ucieszyło nas tylko, że po naszym telefonie do właściciela ogłoszenie zniknęło natychmiast. A strona biura nieruchomości podzieliła jego los wkrótce potem.

Dziwaczne układy

Jedną z bardziej kuriozalnych sytuacji przy oględzinach nieruchomości mieliśmy podczas wizyty w powiecie konińskim. Znowu – niewielkie gospodarstwo, budynki w dobrym stanie, dom z kompletem instalacji do dość poważnego remontu. Jak się okazało na miejscu, grunt rolny słabej klasy, położony nad samym brzegiem Noteci, ale utrzymany w dobrej kulturze. Uwzględniając to wszystko, zaczęliśmy zastanawiać się nad ceną, która była w tej sytuacji mocno promocyjna. Gdzie zatem był haczyk?
Pierwszych podejrzeń nabraliśmy po rozmowie z sołtysem, który, jak się okazało, był krewnym poprzedniego właściciela gospodarstwa. Człowiek ten gorliwie namawiał nas na kupno. Precyzyjnie zadanymi pytaniami wydobyliśmy
Kościółek ładny, ale chałupa... brrr
Fot. Jerzy Komar
z niego prawdę o stanie prawnym gospodarstwa. Otóż okazało się, że rzekomy obecny „właściciel” nie dopełnił formalności notarialnych przy zakupie – był w posiadaniu wspomnianego gospodarstwa od trzech lat, ale nie posiadał żadnego aktu własności, umowy kupna-sprzedaży, nic! Nie chciał jakoby ponosić kosztów sporządzenia aktu notarialnego. Natomiast formalnym właścicielem był bliski krewny sołtysa, który miał liczne zobowiązania wobec swoich poprzednich żon i dzieci z co najmniej dwóch małżeństw. Ponadto, już po przejrzeniu ksiąg wieczystych nieruchomości dowiedzieliśmy się, że prawa do wspomnianego gospodarstwa ma przynajmniej jedna z byłych żon – była dla niej i nieletniego syna ustanowiona służebność domu (całego!). Ani sołtys, ani obecny „właściciel” nawet słowem nie zająknęli się o tym. Już po powrocie do Wrocławia poprosiliśmy mailowo „właściciela” o dopełnienie formalności i wyjaśnienie stanu prawnego gospodarstwa, inaczej nie zdecydujemy się na zakup. Po naszym mailu zaległa cisza, która trwa od stycznia 2014 do chwili obecnej. Natomiast niedawno zupełnym przypadkiem dowiedzieliśmy się, że hipoteka gospodarstwa jest potężnie obciążona i małżeństwo nowonabywców wpakowało się przez swoje niedopatrzenie w spore kłopoty...

Piramida butelek

Po kolejnym niepowodzeniu daliśmy sobie spokój z oglądaniem gospodarstw na jakiś czas, ale z nadejściem wiosny nie wytrzymaliśmy i rzuciliśmy się w nowy wir poszukiwań. W połowie kwietnia 2014 zaniosło nas w malownicze okolice Milicza. Agenta, który nas tym razem obsługiwał, mieliśmy już okazję poznać kilka lat wcześniej i okazał się być miłym i uczciwym człowiekiem. Umówiliśmy się z nim zatem na miejscu i, przyjechawszy nieco wcześniej, zaczęliśmy zwiedzać okolicę – między innymi zabytkowy drewniany kościół z 1672 roku.
Wreszcie ruszyliśmy w stronę upatrzonego gospodarstwa. Po drodze minęliśmy kilka miejscowości o krajobrazie
Wieża ciśnień - Pokój
Fot. Jerzy Komar
rodem z filmu Zmruż oczy albo innej Arizony. Walące się popegeerowskie budynki, pustki i głucha cisza. Ale same najbliższe okolice gospodarstwa dopiero nas zaskoczyły – każda jedna działka w tamtej wsi otoczona była wysokim, betonowym murem. Niezbyt to dobrze świadczyło o stosunkach między sąsiadami. To było pierwsze ostrzeżenie. Drugim było to, że dowiedzieliśmy się już na miejscu, iż lokalnych gruntów należących do Skarbu Państwa nie można wydzierżawić, gdyż z sąsiedniej Wielkopolski przyjeżdżają rolnicy z wielkotowarowych gospodarstw i prawem kaduka zajmują grunty, uprawiając je i obsiewając, a potem płacąc śmieszne kary Agencji Nieruchomości Rolnych za bezprawne użytkowanie. Zdarzały się ponoć także konflikty między owymi obszarnikami a lokalnymi mieszkańcami, ponieważ przybysze próbowali zajmować także prywatne grunty. No cóż. Zaczęło się ciekawie, ale potem było jeszcze lepiej...
Zjawił się w końcu nasz agent i zaprowadził nas na oględziny gospodarstwa. Podwórze już wyglądało podejrzanie – budynki w nieciekawym stanie, walające się wszędzie śmieci, a przy szczytowej ścianie stodoły usypana była hałda butelek po winie, sięgająca do dwóch trzecich wysokości budynku. Odważnie jednak postanowiliśmy iść dalej...
Dom, jak się okazało, był konstrukcji szachulcowej, tylko że szczelnie pokryty tynkiem. Wewnątrz właścicielom udało się wyhodować kilkanaście gatunków grzybów na ścianach i suficie, w każdym pokoju. Sterty rupieci, również bujnie porośniętych pleśnią różnych barw i woni, wszędzie piętrzyły się pod sufity Jedynym względnie utrzymanym pomieszczeniem była kuchnia, w której gnieździła się cała rodzina – rodzice i dwóch dorosłych synów. Brak było mediów; budowę łazienki rozpoczęto w epoce wczesnego Gierka i nie ukończono... Przy takim stanie rzeczy nawet bardzo atrakcyjna cena nieruchomości wydała nam się zbyt wygórowana. Podziękowaliśmy więc agentowi i ruszyliśmy z powrotem do Wrocławia.

Kant na kancie

Coraz częściej nasze poszukiwania zaczęły się zawężać do obszaru Opolszczyzny. Tutaj więc, po odrzuceniu skrajnie niepoważnych ofert, wybraliśmy kilka, z których drogą eliminacji po rozmowach telefonicznych z agentami, zdecydowaliśmy się ostatecznie na jedną w okolicach Namysłowa. Umówiliśmy się więc z pośrednikiem, który uparł się koniecznie zaprowadzić nas na miejsce, mimo iż świetnie wiedzieliśmy, gdzie rzeczona nieruchomość się znajduje.
Ach, Sudety... ale nie za wszelką cenę
Fot. Jerzy Komar
Agent długo opowiadał nam, jak ogromne jest zainteresowanie tym gospodarstwem i jak bardzo musimy się spieszyć, żeby je nabyć, uprzedzając niezliczonych chętnych. No i znowu już na wstępie zrobiliśmy się mocno podejrzliwi, ale cóż – skoro już przyjechaliśmy, to i obejrzymy.
Na miejscu okazało się, że dom jak dom – ani szczególnie zrujnowany, ani też przesadnie zadbany. Wymagał remontu, jednak niezbyt wielkiego. Za to budynki przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy, znacznie odbiegający od stanu zaprezentowanego na zdjęciach w ofercie biura nieruchomości. Ze stodoły zostały trzy ściany, stajenka nie posiadała już stropu, a działka rolna, zapuszczona jak nieszczęście, okazała się być podzielona na trzy części, rozrzucone po okolicy w odległości przeszło dwóch kilometrów. Nie, nie na to się umawialiśmy – działka miała być w jednym kawałku przy zabudowaniach. Ale i tak nie był to jeszcze koniec kłamstw: na szczęście udało nam się porozmawiać z właścicielem, i od niego dowiedzieliśmy się, że dla części domu ustanowiona jest służebność dla starszej osoby. Przy takim stanie rzeczy cena nieruchomości była po prostu absurdalna. Zrezygnowaliśmy. Agent wydzwaniał do nas jeszcze później, namawiając na kupno i strasząc, że tak niesamowita okazja przejdzie nam koło nosa, bo na gospodarstwo poważnie ostrzy sobie zęby pewne niemieckie małżeństwo. No na zdrowie, niech biorą – pomyślałam. Chyba jednak Niemcy nie skusili się na tę oszałamiającą ofertę, bo ogłoszenie widywałam na portalach jeszcze całkiem niedawno...

Oferta życia

Wszystkie te przygody bledną jednak wobec jednej, która spotkała nas w 2012 roku. Jako iż wszyscy znajomi wiedzieli o naszych poszukiwaniach, pomagali nam więc jak mogli. Jeden ze starych przyjaciół skontaktował nas ze swoim
Strażnik Wieczności
Fot. Jerzy Komar
znajomym, który mieszka za granicą, a ma w Sudetach dość spore gospodarstwo z zabudowaniami i maszynami, o które nie ma mu kto zadbać. Spotkaliśmy się więc z tym człowiekiem przy okazji jego wizyty w Polsce i omówiliśmy wstępnie warunki, na jakich mielibyśmy się jego gospodarstwem zająć – mieliśmy dostać dzierżawę na dziesięć lat, poświadczoną urzędowo, żebyśmy mogli oficjalnie zarejestrować działalność, brać dopłaty i tak dalej. Ponieważ nieruchomość znajdowała się dość wysoko w górach, w dodatku daleko od czegokolwiek, ustaliliśmy, że założymy wprawdzie nie zwykły pensjonat dla koni, a pensjonat zajmujący się odchowem źrebiąt i przyjmujący stare konie na emeryturę. Ponadto ilość pomieszczeń w domu mieszkalnym pozwalała na założenie działalności agroturystycznej. No wspaniale, właściciel zachwycony, my też, umawiamy termin oględzin.
W umówiony dzień pojechaliśmy po pana 60 kilometrów, żeby go zabrać ze sobą i jechać w Sudety. Kiedy przyjechaliśmy po niego, oznajmił nam, że wyjazd nie może dojść do skutku, ponieważ zapisał się do dentysty i że przecież możemy pojechać kiedy indziej. No świetnie, bezsensowny urlop na żądanie w pracy to przecież pikuś, zawsze można wziąć kolejny. Cóż, powinniśmy byli już wtedy posłać niepoważnego człowieka do licha i dać sobie spokój, bo skoro na samym początku już dzieją się takie rzeczy, to co będzie dalej? Jednak ciekawość przemogła i mniej więcej tydzień później udało nam się w końcu pojechać.
Gospodarstwo okazało się być mniej więcej zgodne z opisem (oprócz tego, że park maszynowy, dość podobno spory, magicznie wyparował), jednak podczas rozmów z właścicielem zaczęło pojawiać się coraz więcej zgrzytów. Okazało się bowiem nagle, że nie możemy zająć żadnego z pokoi w wyremontowanej części domu, ponieważ rodzina właściciela musi mieć możliwość w każdej chwili wpaść do gospodarstwa na wczasy czy inne ferie. W tej sytuacji koncepcja działalności agroturystycznej nieco nam się posypała, ale jeszcze nie dawaliśmy za wygraną. Właściciel łaskawie pozwolił nam zaadaptować sobie na nasz koszt izdebkę w starej części domu (drewnianej chaty sudeckiej o wielce przewiewnych ścianach) o powierzchni całych dziesięciu metrów kwadratowych, i upchnąć w niej jakimś cudem
W końcu u siebie
Fot. Jerzy Komar
kuchnię i łazienkę. Ewentualnie mogliśmy zamieszkać sobie na strychu stodoły, do wyboru, pod warunkiem, że będziemy na usługi rodziny właściciela – tzn. będziemy im sprzątać, prać, gotować, bo jak nie, to mamy sobie wynająć mieszkanie we wsi albo gdzieś w okolicy i na odległość doglądać gospodarstwa.
Tylko obecność pozostałych naszych towarzyszy podróży, którzy przyjechali z nami w te strony, gdyż mieli do załatwienia swoje sprawy, powstrzymała nas od trzaśnięcia drzwiami i odjechania z piskiem opon. Słuchaliśmy zatem w milczeniu, dziwiąc się ludzkiej bezczelności. A właściciel z błogim uśmiechem na twarzy monologował dalej...
Dowiedzieliśmy się, że z planowanej dzierżawy i użytkowania gruntów nici, ponieważ siostra właściciela, na którą są zapisane, za nic nie zgodzi się nam ich przekazać. Powiedzieliśmy mu tylko, że ziemia jest zapuszczona i nieuprawiana, więc przy najbliższej kontroli dopłaty i tak się skończą, a posypią się kary. Spytaliśmy także, jak w takim razie miałaby wyglądać nasza umowa dzierżawy gospodarstwa – w odpowiedzi usłyszeliśmy, że żadnej umowy nie będzie, wszystko ma być ustalone tylko i wyłącznie ustnie. Przy okazji tej rozmowy wyszło także na jaw, że maszyny, które miały się w gospodarstwie znajdować, zostały rozsprzedane lub rozdane sąsiadom przez szwagra właściciela, który sobie do gospodarstwa od czasu do czasu zaglądał i brał, co mu się podobało. Oczywiście w razie gdybyśmy tam zamieszkali, mielibyśmy obowiązek go ugaszczać i zaopatrywać we wszystkie sprzęty, jakich będzie potrzebował. W tym momencie mieliśmy już wrażenie występowania w jakiejś ukrytej kamerze, ale nie – facet nadal mówił zupełnie serio. Był nawet szczerze zdziwiony, że, wstrętni niewdzięcznicy, nie chcemy przyjąć takiej oferty życia; powiedział nam
Bociani sejmik na polach sąsiada
Fot. Jerzy Komar
nawet, że gdyby jemu ktoś dał dwadzieścia lat temu taką niesamowitą szansę, całowałby go po rękach, swego dobrodzieja. Miał nawet do nas pretensje, że go niepotrzebnie wyciągnęliśmy w tę całą podróż. Jakby tego było mało, po drodze wykładał nam swoją filozofię życiową (bogato ilustrując ją przykładami), polegającą na tym, że należy łupić frajerów i na ich głupocie się dorabiać. Nie wiem, co nas powstrzymało przed wysadzeniem go gdzieś na poboczu i zostawieniem swojemu losowi, ale po powrocie do Wrocławia mieliśmy ochotę poddać auto gruntownej dezynfekcji. Naprawdę, pierwszy raz w życiu spotkaliśmy podobnie obrzydliwe indywiduum.
Powiem tylko, że po tej przygodzie na długo odechciało nam się nowych poszukiwań. Straciliśmy nadzieję, że można trafić na uczciwych właścicieli nieruchomości czy agentów. No i, jak pokazuje nasze doświadczenie, faktycznie, na uczciwych sprzedających bardzo ciężko jest trafić. Na szczęście w końcu się nam udało – z poprzednimi właścicielami naszego gospodarstwa nawet się trochę zaprzyjaźniliśmy i utrzymujemy z nimi kontakt. Także nasza agentka stanęła na wysokości zadania i pomogła nam załatwić wszelkie formalności, na naszą prośbę także zasięgała dodatkowych informacji. Tak więc – można trafić jeszcze na porządnych ludzi. Szkoda tylko, że droga do nich to droga przez mękę.
Stronę zaprojektował Jerzy Komar