Kanał RSS


Katarzyna Komar 25-11-2016

Paranoja - cz. I

Przyznaję, unikałam tematu. Nie tylko dlatego, że jest olbrzymi i w tak krótkim tekście jak nasze nie da się w sposób sensowny naświetlić zjawiska. Próbowałam i tak, i siak, aż w końcu zdecydowałam, że będę pisać tylko z naszego i naszych znajomych punktu widzenia – będę pisać o naszych doświadczeniach z szeroko pojętym myślistwem i myśliwymi. Akurat dobiega końca listopad, czas hubertusów – święta wspólnego patrona jeźdźców i myśliwych, św. Huberta, więc jak sądzę temat jest na czasie.
Pif paf. Sarna trafiona "w talerz" będzie konać w męczarniach od kilku godzin do kilku dni.
Fot. Jerzy Komar

Kariera diany

Wychowałam się na dobrej literaturze myśliwskiej, opowieściach, podziwianiu trofeów – w domu mojego pradziadka, pięknej przedwojennej willi, nie było niemal pustego miejsca na ścianach, gdzie by nie wisiały trofea – poroża, łby, skóry, wypchane ptaki. Część mojej rodziny od pokoleń polowała, ale ostatni z myśliwych dwa pokolenia temu porzucili to hobby, zniechęciwszy się do niego między innymi za sprawą swoich kolegów po lufie. Długa historia, może kiedyś opowiem. Ja z kolei przez jakiś czas rozważałam wstąpienie w szeregi myśliwych. Materiał egzaminacyjny, prawo łowieckie wraz ze zmianami, jakim podlegało w ciągu lat, miałam opanowane perfekt. Strzelam też niezgorzej – z broni sportowej czy z łuku. W sumie nic nie stało na przeszkodzie. Zabijać i oprawiać zwierzęta też umiałam szybko i sprawnie. Ale... nie mogłam. Już nie.

Horn

Od pewnych zajęć z wirusologii w czasie studiów, nie mogłam. Odmówiłam wówczas wiwisekcjonowania1, a potem uśmiercenia kurzego płodu i poniosłam tego konsekwencje, długotrwałe i uciążliwe – zarówno ze strony prowadzącego zajęcia, jak i ze strony grupy. Niewiele mnie to obeszło, bo byłam zaprzątnięta czymś innym. Chyba pierwszy raz zrozumiałam wtedy, czym jest zabijanie. Co to znaczy – odebrać życie. Jakoś nigdy wcześniej nie udało mi się tego ujrzeć w całej okazałości. Dorastałam na wsi, gdzie śmierć towarzyszy życiu na każdym kroku. Tu i tam odbywały się świniobicia, zarzynano kury, patroszono krowy i świnie przy otwartych drzwiach pegeerowskiej ubojni. Kotki rodziły niechciane kocięta, którym ukręcano łebki, niechciane szczeniaki wożono do weterynarzy do uśpienia lub topiono. Ślepe ze starości klacze, które nie mogły już źrebić się co roku, sprzedawano do rzeźni... Tak to wyglądało. Okazanie zgrozy lub bodaj zdziwienia wobec tych wszystkich procederów spotykało się z wyśmiewaniem lub pogardą. Szybko się nauczyłam, żeby swoje przemyślenia, a zwłaszcza uczucia zachowywać dla siebie. Jednak nadal do zabijania podejście miałam takie jak chyba większość ludzi – no zabija się, cóż począć. Ani to ładne, ani miłe, ale trzeba(?).
Dbałość o estetykę krajobrazu
Fot. Jerzy Komar
Sama też umiałam to zrobić i czasem robiłam – lubiłam wędkowanie i ryby jeziorne. Mięso nigdy mi nie smakowało, ale ryby to co innego. Studia, a zwłaszcza zajęcia z chowu i hodowli (prosektorium, o dziwo, nie), zrobiły w tym moim poglądzie na zabijanie pewien wyłom. Może dlatego, że w krótkim czasie napatrzyłam się wtedy na śmierć i cierpienie więcej niż kiedykolwiek w życiu Może na tym podkładzie wyrósł w końcu mój Horn, który dla mnie przybrał postać nieopierzonego kurczaczka. Dzięki niemu zobaczyłam to, czego nie były w stanie wyjaśnić mi, ani chyba nikomu innemu, zajęcia z etyki, bioetyki, lektura Animal Liberation Singera czy legenda św. Huberta. Wiedziałam, że więcej już zabijać nie będę, i co więcej, nie zgadzam się, żeby inni zabijali w moim imieniu.

Kocham cię, więc cię zabiję

Rozważając karierę myśliwską, ostatnie, o czym myślałam, to ta chętnie zawsze przez myśliwych przywoływana dbałość o środowisko. Ja miałam zawsze inne sposoby dbania o przyrodę i zwierzęta – dokarmianie ptaków i bezdomnych zwierząt zimą, zbieranie karmy i potrzebnych rzeczy dla schronisk, organizacja kampanii uświadamiających ludziom szkodliwość wypalania traw, działalność (choć, niestety, krótka – zmieniłam szkołę) w szkolnym kole Ligi Ochrony Przyrody, sprzątanie wsi i wiele innych drobnych działań, jak choćby segregowanie śmieci, oszczędzanie wody i prądu itd. Odchowałam też na przykład nieopierzone, jednodniowe wróble, które wypadły z gniazda i poważnie się poturbowały (jeden miał złamane obie nogi i skrzydło, ale udało mi się mu pomóc). Jakoś nigdy w życiu nie przyszło mi do głowy łączyć myślistwa z dbaniem o przyrodę, mimo że podręczniki łowieckie i myśliwska literatura piękna, którą czytywałam, potrafią nierozerwalnie łączyć te dwie rzeczy. Jakoś przytaczana tam argumentacja nigdy nie mogła znaleźć drogi do mojego przekonania...

Obchodzenie się z bronią

Kilka razy mieliśmy okazję widzieć (lub słyszeć) jak myśliwi obchodzą się z bronią. Niektóre z tych rodzynków opisałam już w poprzednich tekstach, a były jeszcze dwie sytuacje, które szczególnie zapadły mi w pamięć.
W październiku 2012 roku spędzaliśmy weekend w Jodłowie. Rzadko się nam dotychczas zdarzało, żeby o tej porze roku był w gospodarstwie agroturystycznym ktoś jeszcze. Tym razem była prawdziwa kumulacja – rodzina z trójką
Komu to przeszkadza?
Fot. Jerzy Komar
dzieci w wieku przedszkolnym, wielce rozrywkowa ekipa z Wrocławia, i on – myśliwy, który przyjechał budować paśniki. Myśliwy paradował non stop po korytarzu w pełnym rynsztunku (czyli mając na sobie kurtkę, kapelusz z piórkiem, pasy z nabojami), czyścił broń przy otwartych jak szeroko drzwiach pokoju, wyraźnie rad z zainteresowania dzieci, które z palcami w buzi stały rządkiem na progu i przyglądały się z zaciekawieniem. Rodzice jednak, zauważywszy, co się dzieje, zabrali potomstwo do siebie i zamknęli na klucz. Wcześniej dzieciarnia uganiała się swobodnie po korytarzu i urządzała wyścigi samochodzików do późnych godzin wieczornych. Dobrze się stało, że rodzice byli tak czujni, bo niedługo potem, idąc do kuchni, zobaczyłam na korytarzu(!) porzuconą na sofie przed telewizorem dubeltówkę. Właściciela ani widu, ani słychu – zapukałam do jego pokoju. Cisza, zamknięte. Z ciekawości więc wzięłam sobie strzelbę i obejrzałam. Była nabita – dwie breneki w lufach. Myśliwy wrócił prawie pół godziny później...
Za naszą drugą bytnością w obecnym miejscu naszego zamieszkania wieść o zakupie gospodarstwa zdążyła się już rozejść i mieliśmy liczne wizyty mieszkańców wsi, którzy przyszli nas poznać. Jedni doradzali nam, co gdzie załatwiać, gdzie można kupić najlepszy chleb czy drzewo z tartaku, inni z rozbrajającą szczerością proponowali nam „załatwienie” a to dziczka, a to sarenki:
Bo wie pani, jak święta idą, a ja potrzebuję wędlin narobić, to biorę od szwagra strzelbę i idę do lasu. Zawsze się coś trafi: dzik, sarna, zając czasem. Szwagier jest myśliwym, to mi czasem strzelbę pożycza. Hy, jak pani umie strzelać, to dla pani też mogę pożyczyć.
Rany boskie...

Co dzieje się z zupełnie normalnym człowiekiem, kiedy bierze broń do ręki

Miałam w klasie w podstawówce dwóch kolegów, których ojcowie polowali. Koledzy czasem opowiadali coś z polowań albo przynosili do szkoły myśliwskie gadżety – wabiki, lunety itd. Rozmawialiśmy o tym, o psach myśliwskich lub też o psach w ogóle. Miałam wówczas psa obronnego i wiem, że ojciec jednego z kolegów bardzo się tym moim psem interesował. Kolega często pytał o psa, bawił się z nim, zachwycał, powtarzał pochwały ojca i tak to trwało. Do czasu.
Pewnego dnia mama poszła z naszym psem na spacer, na należące do ANR łąki nad rzeką, w miejsce, gdzie cała
Ofiara polowania z (prawdopodobnie) 16.04.2011, sfotografowana tydzień później
Fot. Jerzy Komar
okoliczna dzieciarnia uwielbiała się kąpać latem i bawić w innych porach roku. W związku z możliwością spotkania ludzi pies był na smyczy, w kagańcu i szedł posłusznie przy nodze. Mama zresztą prawie nigdy nie puszczała psa luzem, nie ufając widocznie swoim talentom przywódczym. Nagle spod zwyżki, oddzielonej od rzeki polną drogą wybiegł uzbrojony ojciec kolegi. Cały czerwony na twarzy, wściekły, mierząc do psa zaczął krzyczeć na mamę, że tu jest ostoja zwierzyny (ostoja jest oddalona w linii prostej od tamtego miejsca o przeszło kilometr, oddzielona od łąk rzeką, drogą gminną, lasem i polami), że nie wolno tu przychodzić z psem, że zaraz odstrzeli tego j*****go kundla i tym podobne rzeczy. Pies się zdenerwował krzykami i zaczął szczekać, mama zachowała względny spokój i odpowiedziawszy myśliwemu na jego bezpodstawne zarzuty, oddaliła się na bezpieczny dystans.
Po usłyszeniu tej opowieści w domu przez długi czas obawiałam się dać się podwozić wspomnianemu panu, mimo iż zdarzało się, że proponował podwózkę z lub do szkoły mi i innym dzieciom z naszej klasy. Dodam jeszcze, że ów myśliwy w okolicy znany był z tego, że zdarzało mu się strzelać do wróbli gnieżdżących się w żywopłocie wokół jego domu. Za żywopłotem przebiega wiejska ulica, droga wojewódzka i stoi budynek poczty...
Problem dostrzegają także sami myśliwi. W rozmowie z Zenonem Kruczyńskim łowczy wojewódzki Piotr Ławrynowicz mówi o tym zjawisku w ten sposób:
Miałem kolegę myśliwego, lekarza, przeuroczego towarzysza łowów, człowiek , że do rany przyłóż. Natomiast coś w niego wstępowało, kiedy zobaczył zająca. Wtedy już nie wiedział, gdzie jest – strzelał w kierunku naganki albo pod nogi kolegi(...) Gdy ktoś zaczyna się w ten sposób zachowywać, należałoby zareagować.2 Znam przypadek, kiedy kolega, zasłużony i wiekowy myśliwy (...) na polowaniu walił z ekspresu do ciągnika(...).Miałem przestrzeloną czapkę ze skóry źrebaka. Kolega, który to zrobił, kilka lat później zabił człowieka na polowaniu(...). Dwa razy się nie udało.3

Myśliwy dba o etyczny stosunek do zwierzyny. Poszukiwanie rannej zwierzyny myśliwy uważa za swój moralny obowiązek (...)4

Rok 2011, 17 kwietnia, niedziela. Pola między Karwianami a Ślęzą pod Wrocławiem. Spacerując parkiem wzdłuż fosy natrafiamy na dość świeże zwłoki dzika, napoczęte już przez padlinożerców. Kilkadziesiąt metrów dalej, na brzegu fosy, zanurzony częściowo w wodzie leży kolejny dzik. Pod łopatką ma wyraźną, dużą ranę, na tyle poważną, że cała przednia lewa kończyna została oderwana od tułowia. Od znajomych dowiadujemy się, że w pobliżu znaleziono
Groźny drapieżnik wyjada nam śliwki w sadzie
Fot. Jerzy Komar
w sumie w ciągu tygodnia jeszcze pięć(!) dzików. Ot, polowanie. Trzy z nich leżały w rowie wzdłuż drogi Wysoka-Komorowice - pierwszy w pobliżu wiaduktu autostrady A4; ten był już spuchnięty i mocno tknięty rozkładem. Niezły wynik jak na jedną zbiorówkę – siedem dzików uszło i padło. Ile padło w ogniu? Ile dochodzono i dobito, jak każe myśliwska etyka? Wydaje się, że nie dochodzono w ogóle, mimo że teren jest łatwy, a pogoda była wyjątkowo sprzyjająca. Ale co sobie postrzelali, to ich. Skąd wiem, że postrzałkami pies z kulawą nogą się nie zainteresował? Ano stąd, że tydzień później były nadal w tych samych miejscach. A raczej to, co z nich zostało, rozsiewając dookoła bynajmniej nie wiosenną woń.
Nie jest to odosobniony przypadek. Przeżywszy przeszło dwadzieścia lat na przedmieściach Wrocławia widziałam przeróżne rzeczy. Zastrzelone i zostawione borsuki, jenoty, lisy, nawet chronioną czaplę siwą(!). Pewnego razu znalazłam w tarninowych zaroślach nad rzeką martwą sarnę, postrzeloną w szyję, wysoko, pod samym skrzydłem atlasu – w okolice krtani. Jak daleko mogła ujść po takim strzale? A jednak nikt jej nie szukał. Została tam, aż padlinożercy ogryźli ją do kości. Także na polu wzdłuż drogi Ślęza - Bielany kilka lat temu (2010 r.) walały się resztki zwłok dwóch saren, bynajmniej nie ofiar wypadku komunikacyjnego. Ach, ta zdrowa, smakowita dziczyzna5, nieporównywalna z żadnym innym mięsem...

Wściekły lis

Pierwsza połowa lat 90. Koledzy ze wsi ze zgrozą opowiadają o wściekłym lisie, który rzekomo ma mieszkać w stogu na skraju pola niedaleko sklepu i zakradać się w biały dzień do zagród i kurników. Z tego, co pamiętam, lisa widywało się tu i ówdzie i rzeczywiście wyglądał nie najlepiej – był wychudzony, miał nastroszoną, matową sierść. Czy był wściekły – tego nie wiem, ale pamiętam, że dorośli zabraniali nam bawić się na boisku, gdzie lis czasami się pojawiał. Na pewno był ciężko chory, może zarobaczony. Na części boiska pasły się owce, a lis podchodził do nich, zaczepiał także psy. Jedna z koleżanek opowiadała, że jej ojciec rozmawiał z myśliwymi z pobliskiego koła, żeby zrobili coś z tym lisem, zanim dojdzie do tragedii. Panowie jednak nie zamierzali się fatygować do jednego lisa, i to w dodatku być może chorego. W sumie słusznie - przecież to niebezpieczne. Pewnego dnia lis zniknął, a wieść gminna głosiła, że został zatłuczony kijem przez któregoś z mieszkających w pobliżu rolników, a jego zwłoki spalono. Tak, że ten...

  1. Teoretycznie miała to być sekcja, ale w praktyce było tak, że wyjęty z jaja kurczak wił się w męczarniach przez kilka, a nawet kilkanaście minut, zanim student ruchem skalpela skrócił mu cierpienie. Niektórzy przerywali rdzeń kręgowy dopiero w ostatniej kolejności, kiedy już zbadali serce, wątrobę, płuca i inne narządy.
  2. No właśnie; dlaczego nie reagujecie..?
  3. Kruczyński Z., Farba znaczy krew, Słowo/Obraz Terytoria 2008
  4. Zbiór zasad etyki, tradycji i zwyczajów łowieckich, pkt. 20
  5. Może i bez konserwantów, za to z bogatym życiem wewnętrznym (Spirometra sp.). Na zdrowie.
Stronę zaprojektował Jerzy Komar