Kanał RSS


Katarzyna Komar 04-12-2016

Paranoja - cz. II

Bezpieczeństwo osób postronnych podczas polowania to temat-rzeka. Od czasu do czasu media w całej Polsce huczą o śmiertelnych wypadkach na polowaniach (przestrzelenie ściany domu przez zabłąkana kulę – okolice Łukowa, zastrzelony pasażer samochodu na leśnym parkingu, strzelanina w ogródkach działkowych i tak dalej, do mdłości, nie mówiąc już o głośnym tegorocznym wypadku zabicia rowerzysty 8 km(!!!) od miejsca polowania przez rzekomo „zabłąkany” pocisk – taa, jasne, strzelali samosterującym V-2 z hitlerowskiej wyrzutni),1 o przypadkowych postrzałach, zagrożeniu dla osób postronnych, które znalazły się nieświadomie na terenie, gdzie wykonywany jest odstrzał. Nam się na szczęście (jeszcze?) nic tak drastycznego nie przytrafiło, ale były sytuacje, kiedy mało brakowało...

Co wolno wojewodzie...

Nawet drzewu nie przepuszczą - ostrzelane oznakowanie szlaku konnego pod Sokołowskiem
Fot. Jerzy Komar
Lato 2014, okolice Wrocławia. Godziny przedpołudniowe. Teren ośrodka jeździeckiego, który organizuje imprezy okolicznościowe (czyli jest od czasu do czasu miejscem zgromadzeń – wolno strzelać w odległości 500 m od niego, normalnie w odległości 100 m – co samo w sobie jest głupotą). Na terenie ośrodka są cztery osoby, w tym dziecko. Myśliwi parkują czterema samochodami na drodze dojazdowej do ośrodka, już w jego obrębie, blokując całkowicie przejazd. Stanęli na wysokości ujeżdżalni, kilka metrów od jej ogrodzenia. Jedna z pensjonariuszek ośrodka, trzymająca tam swojego konia, wybierała się właśnie na przejażdżkę w teren, ale została przez myśliwych zatrzymana i przegoniona z powrotem. Nie mogąc skorzystać również z ujeżdżalni (znalazłaby się na linii strzału), potulnie zawróciła konia i udała się do stajni. Byłam świadkiem tej sytuacji i chciałam zareagować, ale nie zdążyłam. Do akcji wkroczyła właścicielka ośrodka, i to tak skutecznie, że w ciągu dwóch minut po myśliwych ślad nie został.

„No więc ja chodu, oczywiście przez las – on za mną, ja na drzewo – on za mną”2

Inna potencjalnie niebezpieczna sytuacja, którą znamy z opowieści obozowiczów z Borowego Młyna, miała miejsce latem 2014 roku. Otóż na ściernisku nieopodal campingu pewnego dnia pojawił się dzik. Trzymał się z daleka od obozu, grasował sobie raczej wśród dębów między skrajem pola a uczęszczaną plażą. Nikomu nie przeszkadzał i nie wywoływał paniki. Jednak ktoś (właściciel campingu?) dał znać myśliwym i przyjechał jeden uzbrojony pan. Wczesnym popołudniem, gdy ludzie w najlepsze odpoczywali sobie na plaży, zaczęło się polowanie. Strzały do kluczącego dzika padały w różnych kierunkach i pod różnymi kątami. Także w stronę obozowiska i plaży. Na szczęście nic się nikomu
Strzeliłbyś, Czytelniku?
Fot. Jerzy Komar
nie stało, może dlatego, że dzik pierwszy wykazał się rozumem i uciekł ile sił w jakieś niedostępne gąszcze. Myśliwy zaniechał zdobyczy, wsiadł do auta i odjechał, odprowadzany mało życzliwymi komentarzami obozowiczów. Dzik więcej na pole nie wrócił. Nie wiadomo, czy został ranny i padł gdzieś w chaszczach, czy może zrozumiał aluzję i przeniósł się w spokojniejsze okolice. Tego się niestety nie dowiemy. A szkoda.

Do czego się przydaje szpadel w samochodzie3

Zakaz strzelania do psów obowiązuje już od ładnych kilku lat, a jednak ciągle psy giną z ręki myśliwych, i to niezależnie od tego, czy towarzyszył im właściciel, czy nie, czy znajdowały się na terenie prywatnym, czy poza nim. Na Dolnym Śląsku ostatnio głośno jest o zastrzelonym psie w Świątnikach pod Trzebnicą – drugi został postrzelony, wszystko wskazuje na to, że na terenie prywatnej posesji.4 Weterynarzowi, który głośno mówi o tym, że rana psa, którego leczył, jest bez wątpienia postrzałowa, rzecznik PZŁ grozi pozwem o zniesławienie. W mojej rodzinie zastrzelono dwa psy. Miałam o tym nie wspominać w tekście, ale to, co się dzieje w sprawie psów ze Świątnik, zmusza mnie do przedstawienia tych dwóch spraw. Mój własny pies, jak wspomniałam w poprzednim tekście, kuli w łeb uniknął tylko dlatego, że był pod opieką liczącej się w okolicy osoby. Gdybym to ja go prowadziła wówczas na smyczy – nie mam wątpliwości, jak by się to skończyło.5
Pierwszym zastrzelonym psem była jamniczka mojego wujka (byłego już) myśliwego. Zastrzelona na polowaniu, przez kolegę z koła. Pies, którego tamtejsi myśliwi znali od lat. Głupota? Złośliwość? Żądza krwi, każąca walić z dubeltówek do wszystkiego, co się rusza, obojętnie, czy to dzik, pies, naganiacz czy własna żona?6
Z drugim psem sprawa była trudniejsza, bo niestety naocznych świadków brak. Został zastrzelony w pobliżu zabudowań, a później wywieziony 2 km dalej w głąb górskich łąk i porzucony w rowie, bez obroży, którą zawsze nosił.
Jaką Dobrą Nowinę głosi się z takich ambon?
Fot. Jerzy Komar
Jako tako przysypano go ziemią. Miał, o ile dobrze pamiętam, dwie rany postrzałowe. Właściciele znaleźli go kilka dni później. Szukali go zaniepokojeni, bo pies nie miał zwyczaju uciekać. Na moje pytanie, czemu tego nie zgłosili, na policję, do lokalnego koła, odpowiedź była taka sama jak zawsze: boimy się. Zresztą to nic nie da. No cóż. Ja się boję, że mogą mieć rację.

Prawo sobie, a rzeczywistość skrzeczy

W Rozporządzeniu Ministra Środowiska w sprawie szczegółowych zasad i warunków wykonywania polowania oraz obowiązku znakowania w rozdziale 3 (Przepisy o zachowaniu bezpieczeństwa na polowaniach) w paragrafie 12 czytamy:
Nie celuje się i nie strzela się do zwierzyny, jeżeli:
  • na linii strzału znajdują się myśliwi lub inne osoby albo zwierzęta gospodarskie, budynki lub pojazdy, a odległość od nich nie gwarantuje warunków bezpiecznego strzału;
  • zwierzyna znajduje się na szczytach wzniesień;
  • zwierzyna znajduje się w odległości mniejszej niż 200 metrów od pracujących maszyn rolniczych.
Do dwóch podpunktów paragrafu, pierwszego i trzeciego chciałabym się odnieść, ponieważ zetknęliśmy się, niestety osobiście, z rażącym ich naruszeniem już tutaj, na Opolszczyźnie. Zacznę od podpunktu pierwszego.

Jeszcze mi ten miły świat, jeszczem pożyć sobie rad...

Sytuacja pierwsza: początek lipca 2015, pogodny wieczór, około godziny 21. Siedzimy na ganku domu, na schodach i pijemy herbatę. Po naszym polu, wśród dojrzewającej pszenicy biega sarna z kozłem. Nie widzimy ich w tym
Teren prywatny czy nie, co za różnica...
Fot. Jerzy Komar
momencie, ale kilka razy zapędziły się do graniczącego z polem sadu7 i wtedy mogliśmy je zobaczyć (sad położony jest wzdłuż drogi i rozciąga się dokładnie między naszym domem a domem sąsiada). Zachowują się raczej cicho. W ogóle jest tak cicho, że słychać przepiórki w zbożu. Po drugiej stronie drogi biegnącej przez wieś, naprzeciwko naszych zabudowań, jest stary zakrzaczony sad. Słyszymy, jak dobiega z niego donośny bek kozła. Dziwny kozioł beczy z niespotykaną częstotliwością i już wiem, że to nie kozioł – to myśliwy. Naśladując rywala, próbuje zwabić pod lufę biegającego po naszym polu koziołka, będąc, uwaga, oddzielonym od niego naszą zabudowaną działką i drogą publiczną. W końcu w głąb naszego sadu, w poprzek drogi pada strzał, jeden, a potem drugi. Zrywamy się na nogi, odzywamy się głośniej, w końcu wyglądamy ostrożnie zza węgła domu. Krzaki starego sadu trzeszczą, myśliwy odchodzi. Zauważył nas. W perspektywie między budynkami widzimy uciekającą sarnę z kozłem.
Wzruszająca dbałość o dobrostan zwierzyny - soli zwierzęta potrzebują przez cały rok, nie tylko zimą
Fot. Jerzy Komar

Regulacja pogłowia koni

Sytuacja druga: początek listopada 2015 r., późne godziny popołudniowe. Zaczyna się ściemniać, pogoda jest brzydka, konie czekają przy wyjściu z padoku, aż wpuszczę je do stajni. Na stajnię mamy zagospodarowaną część stodoły, która znajduje się przy granicy działki siedliskowej i pola; zimowy padok dla koni znajduje się w części sadu, przytykając do szczytu stodoły. Konie stoją równolegle do siebie, widocznie coś przeczuwają (w sytuacjach zagrożenia ukrywają w ten sposób dokładną swoją liczbę – drapieżnik widzi jedno zwierzę), zza rogu stodoły i pryzmy gnojowej widać tylko ich łby i szyje. Stajnia jest zamknięta, ja jestem wewnątrz i szykuję jedzenie dla koni na noc, ścielę boksy. Nagle gdzieś niedaleko pada strzał, niemal natychmiast słyszę uderzenie w stodołę, słyszę, jak coś się z niej osypuje (kawałki cegły – znalazłam je później). Konie się płoszą, rzucają się galopem w głąb sadu, chowając się za rogiem stodoły. Otwieram drzwi, wybiegam na zewnątrz (bardzo mądrze - wiem), rozglądam się i widzę na pobliskim wzniesieniu samochód, prawdopodobnie jeep grand cherokee z lat 90., w malowaniu lime green (lub bardzo, bardzo podobnym), a obok niego dwóch mężczyzn. Jeden, wyższy, w jasnym kowbojskim kapeluszu i spodniach moro, drugi, niski i tęgi, w dresach i bejsbolówce. Ten wyższy składa się do strzału, mierząc teraz do czegoś u stóp wzniesienia, ten drugi ciągnie go za rękaw i ruchem głowy wskazuje na mnie. Natychmiast wsiadają do samochodu i zjeżdżają w dół wzniesienia, znikając mi z oczu. Rezygnuję z pogoni za nimi, biegnę do koni, zobaczyć, czy wszystko z nimi w porządku. Na szczęście tak – wystraszyły się tylko. Na miękkich nogach odprowadzam je do boksów, idę obejrzeć stodołę. Na sczerniałej od wiatrów i deszczu cegle widać jaśniejszy odprysk; to tutaj musiała uderzyć kula. Pytanie – do czego strzelał myśliwy, skoro mierzył od pola w stronę budynków i sadu? W promieniu kilkuset metrów nie ma w tej chwili innych zwierząt oprócz koni. Czyżby konie podlegały regulacji pogłowia na równi z jeleniami?8

Opolskie safari

Historię nie do uwierzenia9 opowiedziała nam niedawno kobieta z pobliskiej wioski, od której kupowaliśmy paszę dla koni. Nie wiedzieć czemu temat rozmowy przy załadunku przyczep ursusa zdryfował nagle na myśliwych. Kobieta opowiadała, jak w zeszłym roku po jej wsi i okolicznych polach szalała – bo inaczej nie da się tego nazwać – grupka myśliwych. Jeździli po wsi o wszystkich porach dnia i nocy, budząc mieszkańców strzałami w pobliżu domów.
Hitlerowcy, Armia Czerwona, a teraz myśliwi
Fot. Jerzy Komar
Zaciekawiłam się, bo i u nas przez całe lato i jesień nocami trwały kanonady jak na poligonie10 – czasami padało 13-15 strzałów z rzędu, jeden po drugim (mieszkając przez lata w sąsiedztwie strzelnicy wojskowej nie doświadczyłam takiego ciągłego łomotu). Wieczorami do stajni wychodziłam w kamizelce lub kurtce odblaskowej, żeby uniknąć postrzału na własnym podwórku, pomna losu przypadkowych ofiar polowania, jak kobieta z okolic Złotowa w Wielkopolsce, którą postrzelono w biały dzień, gdy bawiła się z dzieckiem przed domem. Na pole nie odważyłam się wyjść, ani tym bardziej zostawić koni na noc na padoku, mimo iż w zaprzyjaźnionych stajniach sezon całodobowego padokowania trwał w najlepsze. Zamykałam zwierzaki krótko przed zmierzchem, bo gdy tylko zachodziło słońce, zaczynała się kanonada. Strzały, a bardziej jeszcze ich echo wśród zabudowań11, budziły nas w nocy nawet przy zamkniętych oknach. Kobieta, od której kupiliśmy paszę, opowiadała o białym terenowym samochodzie, którego pasażerowie byli postrachem całej okolicy. Według jej relacji myśliwi potrafili wjechać na pole, pomiędzy żniwiarzy i maszyny, urządzając sobie safari (tak – strzelali z samochodu), a ludzie pracujący na ściernisku chowali się za przyczepami. Przy żniwach pracowały również dzieci, które płakały z przerażenia, kuląc się między kołami ciągników. Skargi na panów z białego auta oczywiście nic nie dały. Dopiero z końcem zimy strzały umilkły, jak na razie na dobre. Ech... jak to było? Nie strzela się do zwierzyny(...) jeżeli znajduje się w odległości mniejszej niż 200 m od pracujących maszyn rolniczych?
Natura bywa mściwa - poznański "miłośnik przyrody" w lesie pod Kotowicami, pow. oławski
Fot. Jerzy Komar

Horror w Górach Bystrzyckich

Inną równie (albo i bardziej) przerażającą historię usłyszeliśmy od dobrych znajomych kilka lat temu w Górach Bystrzyckich. Wyobraźcie sobie, Czytelnicy, głęboki wąwóz między górami. Dnem wąwozu biegnie droga, przy której rozsiane są tu i ówdzie domy i zagrody. Wzdłuż drogi płynie rzeka – bystra, sudecka. Droga praktycznie nie ma poboczy, tak wąski jest wąwóz. Działki przy zabudowaniach wspinają się na stoki gór, domy wychodzą na drogę, która w szalonych skrętach mija je raz z jednej, raz z drugiej strony. W końcu dociera do szlabanu, za którym dalej jest las, a w jego głębi stoi domek myśliwski, często i chętnie wynajmowany. Drogą przez wieś, kilka kilometrów poniżej szlabanu, jedzie sobie poczciwy fiacik 126 p. Prowadzi go młoda kobieta. Nagle ze stoku góry, zza rzeki, pada strzał. Coś uderza w samochód. Raz, drugi, trzeci. Kobieta za kierownicą ze strachu traci panowanie nad autem, na szczęście jednak udaje jej się utrzymać samochód na drodze. Wciska gaz do dechy (nie takie to proste w maluchu, zwłaszcza gdy się jedzie pod górę) i ucieka niewidzialnemu prześladowcy. Cała roztrzęsiona dociera do domu. Ogląda samochód, który wygląda jak rekwizyt z filmu wojennego. Zanim zdołała się uspokoić i naradzić z rodziną, co robić, gdzie zgłosić strzelaninę, do jej domu pukają myśliwi. Nawaleni (excusez le mot) jak, nomen omen, sztucery, przepraszają, zaklinają się na wszelkie świętości, że oni już nigdy więcej, że głupi żart, błagają, żeby tego nie zgłaszała. Oni jej ten samochód odchuchają i odpicują tak, że go nie pozna. Kobieta ulega. Wcale nie ma ochoty puścić im tego płazem, ale boi się. Boi się nieskuteczności zgłoszenia, bezkarności sprawców i ich zemsty. Odpuszcza.
Wiecie co? Widzieliśmy ten samochód...

  1. Niektóre media podają wielce ciekawe wersje tego i innych podobnych wypadków. Może kiedyś o tym napiszę.
  2. Alternatywy 4 - doc. Furman o spotkaniu z odyńcem.
  3. Takich rad odnośnie strzelania do psów udzielają sobie myśliwi na forach internetowych – radzą kolegom wozić ze sobą szpadel, żeby odstrzelonego psa zakopać – czyli de facto ukryć dowody przestępstwa.
  4. Nowa Gazeta Trzebnicka, nr 47(1044)
  5. W internecie można na poczekaniu znaleźć kilka spraw, kiedy myśliwy zastrzelił psa przy bawiącym się z nim dziecku, choćby sprawa z krakowskiego Podgórza z 2011 roku, albo z lubuskiego Karnina, kiedy myśliwy, strzelając do psa, trafił 9-letniego chłopca w brzuch.
  6. Gazeta Wrocławska, 29.11.2012: Zastrzelił żonę na polowaniu, nie pójdzie do więzienia
  7. Nasz sad był wówczas jeszcze nieogrodzony; konie dopiero miały przyjechać.
  8. Na to wygląda, bo podobnych zdarzeń trochę było: Kolonia Łomazy - styczeń 2010, Ługi Ujskie - październik 2015 (wyjątkowo paskudna sprawa – m. in. „przypadkiem” zaginęła książka polowań), Zalipie - listopad 2015, Pińczyce - październik 2016 (koń zabity na ogrodzonym pastwisku), nie wspominając o głośnym swego czasu zastrzeleniu osiołka podróżnikom w 2009 roku.
  9. Ale uwierzyliśmy, bo u nas było z grubsza to samo...
  10. Zdaniem pewnego pana z wrocławskiego PZŁ ludzie są dyletantami, którzy nie potrafią odróżnić strzału z broni palnej od huku przyczepy ciągnika, więc może po prostu u nas zimowymi nocami jeździły całe tabory przyczep, a my to omyłkowo wzięliśmy za strzały...? Vide artykuł Milczenie zostało przerwane w: Nowa Gazeta Trzebnicka z 02.12.2016
  11. Nie ma możliwości, żeby polujący zachowali przepisową odległość od zabudowań, skoro pojawiły się takie efekty akustyczne – łatwo to sprawdzić.
Stronę zaprojektował Jerzy Komar