Kanał RSS


Katarzyna Komar 07-12-2016

Paranoja - cz. III

Ostatnio z okazji hubertusa w zaprzyjaźnionej stajni mieliśmy okazję usłyszeć opowieści o etycznych myśliwych. Pewien znajomy, uczestniczący (jako obserwator) w polowaniach model, uświadomił nam, profanom, że istnieją wyłącznie etyczni myśliwi, a ci, którzy tacy nie są, to kłusownicy lub insi pozerzy. Z początku się żachnęłam, ale po głębszym namyśle stwierdziłam, że coś w tym jest... Tak jak kibiców, którzy zamiast kibicować wszczynają zadymy, nazywa się kibolami, tak myśliwych, którzy strzelają do zwierząt gospodarskich/budynków/ludzi lub pożyczają broń niemającemu uprawnień szwagrowi, powinno się chyba nazywać bandytami – bo jacy to myśliwi? Ale z drugiej strony, jeśli brać łowiecka nie potępia głośno i nie odcina się od takich rodzynków w imię dziwnie pojętej solidarności, to dlaczego ją dziwi coraz gorszy PR, jaki myślistwo ma w społeczeństwie..? Pomijając to zresztą, ja nie twierdzę wcale, że etyczni myśliwi to postacie mityczne, ale z naszych doświadczeń wynika, że jest ich przerażająco mało w porównaniu z hm... no cóż, resztą, że się tak wyrażę, pogłowia. Albo może ci nieetyczni tak strasznie rzucają się w oczy na tle innych, etycznych, jak znakowane izotopem komórki nowotworowe na tle zdrowej tkanki? Nie wiem. W każdym razie, tak jak zaznaczyłam na wstępie do pierwszej części tekstu, zamierzam pisać o swoich doświadczeniach (lub doświadczeniach ludzi, z którymi się znam od dawna) i tego się trzymam. Tak, mi też jest przykro, że nie mam miłych wspomnień z kontaktów z myśliwymi. Nawet nie wiecie, jak bardzo. Tym bardziej, że wyłącznie myśliwym (a nie na przykład pospolitym łysym bandziorom z wrocławskiego Trójkąta, na których miałam pecha się kiedyś natknąć) zawdzięczam sytuacje, kiedy w kraju w środku Europy autentycznie bałam się o swoje - i nie tylko - życie.
Inni podopieczni św. Huberta "polują" w ten sposób - i tylko raz do roku
Fot. Katarzyna Komar

Prawdziwa selekcja naturalna

Zima w Sudetach Zachodnich, kilka lat temu. Skute lodem rzeki i strumyki, ciężkie opady śniegu. Pewien starszy mężczyzna poszedł na spacer. Wędrował skrajem lasu po swoich ulubionych trasach spacerowych, mając po jednej ręce wysoki las bukowy na stoku góry, a po drugiej zasypaną śniegiem po pas łąkę. Pośród kopnego śniegu, o kilkadziesiąt kroków od granicy lasu zauważył ciemne punkciki. To były sarny. Ze śniegu wystawały tylko ich głowy. Skupiały się dookoła ogryzionego do cna krzewu. Nie miały już sił przedzierać się dalej. Mężczyzna, widząc, że zwierzęta są wycieńczone, ściął nieco gałęzi z drzew na skraju lasu i brnąc w głębokim śniegu rzucił sarnom. Zwierzęta chciwie rzuciły się na pożywienie. Znajdujący się za zakrętem drogi zrujnowany paśnik był pusty. Starszy pan ściął jeszcze trochę gałęzi. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że niewiele sarnom pomoże. Ginęły. Tak właśnie wygląda selekcja naturalna.

Dokarmianie w faktycznie trudnych warunkach

Będąc w połowie liceum, zastanawiałam się nad studiowaniem leśnictwa. W pewnym sensie kontynuowałabym rodzinną tradycję – sporo mężczyzn z mojej rodziny pracowało w lesie. W czasie kiedy rozważałam taką ścieżkę kariery, udało mi się porozmawiać z przyjacielem rodziny, mocno sędziwym panem, który całe życie zawodowe pracował w leśnictwie, a później jeszcze będąc na emeryturze pomagał nadleśnictwu w nadzorowaniu różnych prac, poszukiwaniu pracowników, nawet układał konie pracujące przy zrywce. Opowiedział mi, że trudnił się nawet odstrzałem zwierząt (nie będąc myśliwym, ani nawet nie mając własnej broni – działał jako służba leśna), ponieważ w jego okolicach myśliwi nie kwapili się jakoś do wykonywania planu odstrzałów – nie ma ambon, samochodem nie
Rolnik musi, myśliwy - może.
Fot. Jerzy Komar
wszędzie się dojedzie, często trzeba mozolić się na własnych nogach, a na to nie ma wielu amatorów. Problem narastał zwłaszcza zimą. Zwierząt nie dokarmiano, ale i nie odstrzeliwano, bo po prostu nie miał kto tego robić – w trzech sąsiadujących obwodach nie było chętnych. Nikomu się nie chciało (jak to kilkadziesiąt lat temu jeszcze bywało) zaprzężonymi w konia saniami targać po górach tony karmy. Przecież jest zimno, śnieg sypie, nie, to nie do pomyślenia. Jak się nie da samochodem, to znaczy, że się nie da wcale. Ach, ta pełna poświęceń miłość do przyrody...1

Co zrobić, żeby w paśniku karmy nie ubywało

W opowieściach jednego z eks-myśliwych czytałam o tak podłych praktykach, jak skrapianie siana w paśnikach różnymi substancjami o intensywnym zapachu (olej silnikowy, perfumy), żeby paśnik był zawsze pełny – bo zwierzaki takiego siana nie ruszą – i nie trzeba sobie nim więcej zawracać głowy, za to resztę karmy, i to dużo bardziej atrakcyjnej (marchew, jabłka, pieczywo) można wywozić na nęciska tonami2. Zwierzęta nie czytują prawa łowieckiego i nie odróżniają nęcisk od paśników. Nie wiedzą zatem, że przy paśniku strzelać do nich nie można (chociaż też niestety różnie z tym bywa...), a na nęciskach wolno. Rozróżnienia nie ułatwia też coraz powszechniejsze stawianie ambon przy lizawkach - jeden taki obiekt znajduje się nad Obrą, między Pszczewem a Trzcielem, niedaleko jazu, jakby ktoś chciał sobie na własne oczy obejrzeć. Zgorszenia braci łowieckiej jakoś nie budzi też coraz częstsze strzelanie na nęciskach do zwierzyny płowej, do której w tych miejscach, zgodnie z prawem łowieckim, strzelać nie wolno (można tylko do dzików i drapieżników). Z kolei na południe od Wrocławia jest OHZ, gdzie hoduje się bażanty. W jego pobliżu znajdują się rozrzucone wśród pól zadrzewienia. Wewnątrz jednego z nich było swego czasu kilka urządzeń myśliwskich, jak podsyp po jednej stronie drogi gruntowej, a po drugiej – zwyżka. Zwyżka wprawdzie patrzyła spod osłony drzew w stronę pól, ale takie rozmieszczenie urządzeń budzi wątpliwości, zwłaszcza że podsyp oddalony był od zwyżki najwyżej o kilkanaście metrów. Dodam tylko, że jest to rzadko uczęszczane miejsce z w miarę dogodnym dojazdem...
W paśniku siano, na nęcisku marchew i buraki. Pytanie: gdzie pójdą zwierzęta?
Fot. Jerzy Komar

„Dokoluśka śnieg, wicie, a jo w łowies, i bockiem, bockiem, bockiem - ku niemu”3

Sierpień 2012, wieczór. Siedzimy sobie na ambonie na skraju ulubionej poręby i oglądamy daniele. W końcu widowisko się skończyło, złazimy na dół, bo się ściemnia. Od strony wysokiego lasu ktoś idzie. Starszy mężczyzna. Na szyi lornetka, na ramieniu dubeltówka. Zagaja rozmowę, zanim zdążyliśmy się oddalić.
  • Co państwo oglądaliście? - pyta.
  • Daniele - odpowiadam krótko.
  • I ile ich tam było?
  • Co najmniej dziewiętnaście.
  • A byki były? - pyta i aż oczy mu błyszczą.
  • Nie zauważyłam - kłamię z premedytacją, obserwując reakcję.
Jasne, że były. Trzy. Ale w sierpniu nie mają jeszcze poroża. Jako laik mogę tego nie wiedzieć i się pomylić w ocenie płci. No, ale żeby myśliwy nie wiedział? Nic, sprawdzam dalej:
  • A pan na daniele? - pytam. - To pewnie przeszkodziliśmy?
  • Na daniele, ale ja sobie później przyjdę na ambonę, dopiero jak się całkiem ciemno zrobi.
No nieźle. Na daniele, przed sezonem, i po ciemku do zwierzyny płowej? Combo.

Zakazana amunicja

20 czerwca 2015. Porządkujemy swoje przyszłe obejście, za zgodą ówczesnego właściciela, jeszcze przed zakupem. Rozszalała wegetacja niemal nas pokonuje. Zanim zrobi się upalnie, porządkujemy sad. Zgrabiam skoszone trawy na kupkę i stawiam z nich później stogi. Zbieram też przy okazji do worków śmieci walające się pod ścianą garażu. Raptem moją uwagę przykuwa coś, czego nie powinno tam na zdrowy rozum być. Między puszkami i butelkami po piwie leżą naboje – loftki. Okucia mają ledwie lekko skorodowane, leżą tu od niedawna. Trzy naboje są pełne, i dwa puste - wystrzelone. Znalezisko zaciekawia mnie o tyle, że loftki to amunicja bardzo specyficzna. Nie tylko dlatego, że w Polsce w zasadzie od 2005 roku nie wolno jej stosować. Wolno ją jedynie mieć. Ten rodzaj amunicji przy wysokiej przebijalności charakteryzuje się dużym rozrzutem – czyli powoduje wiele ran, poważnych, ale nie na tyle, żeby zwierzę padło w ogniu, w związku z czym postrzałek uchodzi często na bardzo znaczne odległości. W końcu rozchorowuje się i pada, wiele kilometrów od miejsca postrzału. Jak wynika z poprzedniego tekstu, gdzie wspominam o dochodzeniu postrzałków, takimi „straconymi sztukami” myśliwy nie zawraca sobie głowy, w związku z czym agonia postrzelonego zwierzęcia trwa nawet kilka dni, a potem pożerają je padlinożercy. To jedno; a druga sprawa jest taka – kto normalny, u diabła, poluje w czyimś sadzie między domami?

„Przebywając w łowisku myśliwy okazuje szacunek dla pracy rolnika i leśnika...

...swoim zachowaniem stwarza atmosferę wzajemnej życzliwości”. Tak brzmi punkt 9 Zbioru zasad etyki, tradycji i zwyczajów łowieckich. Zacytowałam ten tekst znajomym rolnikom. Kiedy przestali się turlać ze śmiechu, przytoczyli kilka ciekawych opowieści.
Rolnik z południowej Opolszczyzny ma pole w dwóch częściach, o powierzchni około 20 ha każda, przedzielone drogą gruntową. Nieraz ponosił straty w związku z działalnością kół łowieckich, których obwody obejmowały jego
Byki dbały o to, by od ambony coś je osłaniało.
Fot. Jerzy Komar
grunty. Przy czym wcale nie chodziło o straty spowodowane przez zwierzynę, a głównie przez samo wykonywanie polowań, zwłaszcza zbiorowych.4 Odszkodowania? Wolne żarty. Tradycyjnie liczono wartość samych ozimin, która jest żadna, a rzeczoznawcy PZŁ nie brali pod uwagę kosztów rolnika związanych z uprawą gruntu – nawożeniem, opryskami i potencjalnym zyskiem ze sprzedaży plonu. Wartość zniszczonych ozimin szacowali na kilkanaście, no, najwyżej kilkadziesiąt złotych i spadaj, facet (a straty w rzeczywistości przewyższały kwotę 10 tys. złotych).5 Rolnik był cierpliwy. Długo. Nawet kiedy na polu miał akurat zasianą kukurydzę i myśliwi zbudowali sobie na jego gruntach ambonę (ponoć ładną, z wygodnym fotelem, gustownymi obiciami i... barkiem, chociaż, niestety, bez kubła na śmieci) – bez pytania o zgodę i bez poinformowania go o tym. No nic, w czasie prac polowych do okolic ambony musiał dobierać inny, mniejszy sprzęt, żeby uprawić grunt dokładnie i nie dopuszczać do ugorowania zabudowanego spłachetka. Ale przełknął jeszcze i to, że nie może normalnie korzystać ze swojej własności. Miarka się przebrała dopiero w kolejnym sezonie. Kukurydza zeszła z pola, rolnik posiał pszenicę, a myśliwi, przyzwyczajeni do tego, że na polu przez długie miesiące mogli sobie zawsze postrzelać do dzików, urządzili sobie w głębi pola(!), kilkadziesiąt metrów od ambony – nęcisko. To oznaczało, że co najmniej raz w tygodniu na pole rolnika wtaczały się samochody terenowe, a czasem i ciągniki z przyczepami pełnymi płodów rolnych. Do strat powodowanych przez rozjeżdżanie pola doszły jeszcze i te spowodowane gromadnym ściąganiem zwierzyny do niespodziewanej stołówki. Teraz już rolnik zdenerwował się nielicho, pojechał do koła łowieckiego rozmówić się z kimś rozsądnym. Zbyto go. Ambona jest potrzebna do wykonywania planu odstrzału, a jak ambona, to i nęcisko, skoro rolnik jest taki aspołeczny i na złość myśliwym uprawia jakieś nieatrakcyjne dla zwierzyny zielsko. Ano jak tak, to tak, rolnik wyjechał na pole największym ciągnikiem, jaki miał, z największym pługiem, jaki miał (nic wielkiego - sześcioskibowy obrotowy), zaorał pole od końca do końca. Ambonę i nęcisko też. Uprawił, obsiał czymś innym i zamówił ogrodzenie elektryczne. Zwaloną ambonę wyciągnął na drogę. W najbliższy weekend odwiedzili go myśliwi z pretensjami i pogróżkami. Nie przejął się. Pastuch działał. I działa do tej pory. W okolicy zaczęło ich przybywać...
Upolowali stodołę, parapety zewnętrzne domu i stary dach z betonowej dachówki.
Fot. Jerzy Komar
Dolny Śląsk, rolnik gospodarujący na 200 ha. Zrobił uprawnienia myśliwego tylko po to, żeby lokalne koło przestało mu dewastować grunty. Urządził się tak, że dostaje informację z koła, że ma być odstrzał na jego gruntach i sam ten odstrzał wykonuje. Jak nam powiedział – odszkodowania go nie interesują, on woli całe plony.
Śląsk, rolnik z 8 ha. Posiada on ogród otaczający budynki, do którego przylega sad, przechodzący w lasek o powierzchni około 30 arów. Lasek należy do rolnika i znajduje się wewnątrz jego gruntów, w pobliżu zabudowań. W lasku pojawiają się lisy, ale najwięcej jest bażantów i kuropatw. Rolnik hoduje swój drób i gołębie, więc czasem dokarmia i dzikie ptactwo. Sypie zwierzakom ziarno i obserwuje je w wolnym czasie. Pewnego dnia zauważa, że w jego lasku pojawił się podsyp. Rolnik się zdziwił, ale nie protestował. Zaczął sypać ziarno do budki. Któregoś razu, kiedy dokarmiał ptaki, pojawili się myśliwi z bronią i kazali mu odejść, ponieważ chcą teraz polować. Przy podsypie(!), w obrębie czyjegoś obejścia, i w odległości mniejszej niż 100 m od zabudowań (raczej około 70 m). Rolnik odszedł i zamknął się w domu, słusznie rozumując, że nie warto się kłócić z podpitymi i uzbrojonymi. Następnego dnia podsyp jednak zlikwidował, wyrzucając go na granicę swego pola, a w dalszej perspektywie zainwestował w ogrodzenie działki. I psy.6

A kto daje i odbiera...

Przeglądając internet i zbierając różne informacje lokalnie, poskładałam sobie obrazek ciekawej sytuacji. Otóż w naszej okolicy wdrożony jest program ochrony ptaków drapieżnych. Jest kilka wyznaczonych obszarów, na których gniazdują bieliki, błotniaki zbożowe, kruki, kanie, myszołowy, rybołowy i ptaki krukowate (sójki, kawki i in.). Program dotyczy również stwarzania miejsc lęgowych dla innych drobnych ptaków – takich jak np. sikory. Nieświadomie również włączyliśmy się w te działania – wieszając budki lęgowe w sadzie i zwiększając liczbę nasadzeń drzew i krzewów na naszym terenie, jak również dbając o bazę żerową dla ziarnojadów. Ale o to mniejsza. W programie uczestniczą też lokalne koła łowieckie (z początku myślałam, że pro publico bono, ale nie – odpłatnie; to nieważne) w ten sposób, że wypuściły zające, dzikie króliki, bażanty7 i inne drobne zwierzęta łowne, aby zwiększyć bazę żerową ptaków drapieżnych. To było w 2010 roku. W roku 2015 i 2016 nie udaje mi się zaobserwować w otoczeniu, poza sporadycznymi przypadkami, ani bażantów (3 szt.), ani kuropatw (1 szt.), ani zajęcy (dwa w ciągu półtora roku).
Tu byłem - jenot
Fot. Jerzy Komar
Znajdowałam natomiast na swoich gruntach sporo szczątków gołębi (w sumie kilkanaście sztuk), jaskółek, różnych ziarnojadów. Wygląda na to, że wypuszczone zwierzęta już się skończyły i drapieżniki znalazły sobie inne źródło pokarmu. Gdzie podziały się wypuszczone zwierzęta? Z pewnością wykończyły je intensywne zabiegi uprawowe (ach, te wyjaławiające glebę poplony), chemizacja rolnictwa (chemiczny obornik i gnojowica GMO), choroby zakaźne i pasożytnicze, dzika antropopresja (gęstość zaludnienia w naszym powiecie wynosi 78 os/km², przy średniej wojewódzkiej 116 os/km² i krajowej 124 os/km²). Taak, to musiało być to... Ołowica? No skąd...8
Zaczęły znikać drapieżne ptaki. Kruków, których w promieniu kilometra grasowało aż 16, teraz prawie się nie widuje, ani nie słyszy. No przecież nie odleciały na zimę... Znikają jastrzębie (nomen omen... „gołębiarze”) i myszołowy, a także bardzo rzadkie błotniaki – latem na skraju naszych gruntów widywaliśmy parę i jednego samca, teraz nie ma ich w ogóle. Co się z nimi dzieje? Czy tylko ograniczają rozród w związku z kurczącą się bazą pokarmową? Nasuwa się przemożnie pytanie, czy aby na pewno nie mają z tym związku dysponujący bronią palną polujący hodowcy gołębi?9 Stugębna miejscowa plotka pozwala podejrzewać to i owo... Jedno jest pewne. Drapieżników ubyło, zwłok gołębi już nie znajduję.

Co mówią byli myśliwi

W rozmowach z byłymi myśliwymi, kiedy pytamy o przyczyny porzucenia tego hobby, padają różne argumenty. Niektóre się powtarzają. Najczęściej słyszymy o ryzykownych zachowaniach kolegów – polowaniu pod wpływem alkoholu, polowaniu z użyciem niedozwolonej amunicji (o tym już było) lub sprzętu – na zbiorowym polowaniu lunet o większej niż dozwolona krotności, co podobno tylko w naszych okolicach skutkowało w zeszłym roku trzema czy czterema postrzałami innych uczestników polowania. Słyszymy też o nieetycznych zachowaniach, stwarzaniu zagrożenia dla osób postronnych. W naszej okolicy ponoć dość często zdarzały się nocne polowania, podczas których strzelano z jadących samochodów czy polowano przy użyciu halogenów, rozjeżdżano uprawy i zasiewy. Polowanie z halogenami jest teoretycznie nielegalne, ale jak wiadomo, w praktyce teoria ulega głębokim wypaczeniom. W użyciu tego typu oświetlenia nie tyle chodzi o wyraźne oświetlenie zwierzyny, co o zobaczenie odblasku w oczach zwierzęcia.
Ubywa ich - mimo, że są chronione prawem.
Fot. Jerzy Komar
Roślinożercy (oczywiście nie tylko) mają na dnie oka specjalną strukturę, zwaną makatą odblaskową (tapetum lucidum), która odbija światło. Myśliwy widzi biały odblask (roślinożerca) i strzela. Oczywiście zidentyfikowaniem celu nie zawraca sobie głowy, i stąd potem biorą się takie kwiatki, jak zastrzelenie konia w Zagórzanach w listopadzie 2015 czy dwóch(!) cennych klaczy małopolskich w Łęgonicach Małych (oczywiście tutaj też zaginęła książka polowań, a jakże...). Tak o tym mówi właściciel zabitych koni, też myśliwy:
na naszym terenie już bywało, że przypadkowo strzelali do koni. Postrzelone zostało źrebię z hodowli mojego znajomego, ale ono przeżyło. Polują w światłach reflektorów, to robi się niebezpieczne.10
Do innych nieetycznych zachowań przytaczanych w argumentacji o porzuceniu polowania należy też kłusownictwo myśliwych, czyli strzelanie do gatunków niebędących łownymi, często chronionych, strzelanie poza terminami polowań, niewykazywanie strzelonych sztuk i wiele innych; mówi o tym w wywiadzie dla magazynu Vege były myśliwy Marcin Kostrzyński:11
Niedawno rozmawiałem ze znajomym myśliwym o wilkach. Powiedział, że każdego wilka, jakiego spotka, od razu zastrzeli. Absolutnie bez zastanowienia. I że tak, jak koledzy radzą, ma ze sobą obrożę psa, w razie czego zapnie mu ją na szyi i powie, że to był jakiś wilczur, bo przecież wilki nie noszą obroży.
Niektórzy byli myśliwi mieli dosyć wysłuchiwania ciągłych skarg na kolegów z koła. Inni znów, choć zabili w życiu wiele zwierząt, i z początku uważali to za powód do dumy, z upływem lat zaczęli się tego... wstydzić. Może dlatego, że z biegiem czasu życie staje się dla nich coraz cenniejsze.

Dlaczego paranoja?

Dlaczego tak zatytułowałam ten cykl artykułów? Bo paranoją dla mnie jest, oprócz tych wszystkich zdarzeń, które opisałam, że myśliwi zrobili swoim patronem człowieka, który dlatego został świętym, że polować przestał. Ba, nawet
Kolejna przypadkowa ("przypadkowa"?) ofiara.
Fot. Jerzy Komar
nauczał ludzi, że nie powinni zwierząt zabijać.12 A współcześni myśliwi przewrotnie mówią o zastrzelonym zwierzęciu: święty Hubert zdarzył. Ludzie! Hubertus z Liège w grobie się przewraca. Jeźdźcy jakoś mogli zrezygnować z polowań par force, kiedy lisy (i inne zwierzęta) zaganiało się konno ze zgrają psów tak długo, aż padały z wyczerpania i natychmiast ich ciała obejmowało stężenie pośmiertne. Ohyda, ohyda, ohyda. Pewnie, współczesnym pogoniom za lisem (lisem jest jeździec z kitą przypiętą do ramienia) w wielu stajniach, podczas których konie dźga się ostrogami, tłucze batami i rozdziera im pyski wędzidłem, do ideału sporo brakuje i nie o to chodzi. Zwłaszcza, że w czasie takich gonitw często dochodzi do wypadków. Przez lata widywałam i uczestniczyłam w wielu gonitwach za lisem w różnych stajniach i za każdym razem byłam świadkiem co najmniej jednego wypadku (częściej kilku – rezultatem bywał wstrząs mózgu, złamania kończyn, zwichnięcia, stłuczenia, rzadko rany); czasem jeźdźcowi potrzebny był szpital, a koniowi chirurg. W jeździectwie hubertus powinien być świętem konia, podziękowaniem za wspólnie spędzany czas. Dla niektórych święto jest na co dzień, dla innych nigdy nie będzie, ale coś się zmienia. Zamiast gonitw coraz częściej widuje się hubertusowe wyjazdy w teren, zakończone rundą honorową na ujeżdżalni. Zamiast jeźdźca z „lisią” kitą na ramieniu jest kita schowana w krzakach, a zamiast niebezpiecznej gonitwy bieg z przeszkodami. Pomału idzie ku lepszemu. Szkoda, że w tak niewielu dziedzinach.

Porażające wnioski

Jeśli chodzi o myślistwo w Polsce, to na zmiany na lepsze nie ma co liczyć, w każdym razie nieprędko. Budzącą wiele sprzeciwów społecznych ustawę przepycha się jak zwykle nocą, wszystkie proponowane zmiany powędrowały oczywiście do kosza – nie będą ekooszołomy13 mówiły panu, co to miłość do łowiectwa wyssał z mlekiem matki, jak ma ustanawiać prawo dla kolegów. Dla przypomnienia: „nowa” ustawa zakłada możliwość wyposażenia myśliwych dodatkowo w broń krótką (pistolety, rewolwery), faktyczną niemożność skutecznego przeciwstawienia się właścicieli gruntów polowaniom na ich terenie, udział dzieci w polowaniach (a według obowiązującego prawa nie wolno przy dziecku zabić zwierzęcia kręgowego),14 dalsze dokarmianie (czyli de facto przekarmianie) zwierząt łownych, co powoduje niekontrolowany wzrost ich populacji (czasem stany zwierzyny przekraczają kilkukrotnie pojemność łowiska – i co tu się dziwić, że szukają żeru poza lasem?). I tak dalej, i tak dalej, nie wspominając już o tym, że prawo myśliwego do polowania nadal ma być nadrzędne wobec prawa zwykłego obywatela do korzystania z zasobów przyrody będących przecież, do diabła, własnością społeczną. Po lekturze raportu NIK, a zwłaszcza wniosków
W ferworze gonitwy nie da się tego uniknąć - zdarza się najdelikatniejszym jeźdźcom.
Fot. Jerzy Komar
końcowych, można dojść do konkluzji, że odpowiedzialne za gospodarkę łowiecką instytucje przypominają ogarnięty pożarem niezbyt prywatny dom. Obłęd i zgroza. Coraz większa liczba ludzi jednak dostrzega problem i domaga się głośno jego rozwiązania.

Ufając wbrew nadziei

Jak pisze jedna z moich rozmówczyń, przyrodnik, turystka, z wykształcenia biolog:
Problemem jest chyba to, że temat za szybko znika z mediów, bo być może jest uciszany przez wiadome lobby. Gdyby dobry dziennikarz przy nowej tragedii wyciągnął kilka poprzednich, efekt rażenia takich informacji byłby jak ze sztucera. A nie jest :(. Szumu niewiele i ludzie nie wiedzą, ile ryzykują wchodząc do państwowego lasu.
Przykładów nie brak. We Wrocławiu ostatnio (listopad 2016) głośno było o polowaniach w Lesie Strachocińskim. Do Rady Osiedla Swojczyce-Strachowice-Wojnów wpłynęło wiele protestów od zaniepokojonych mieszkańców, którzy w czasie weekendowych spacerów na miejskich terenach rekreacyjnych niespodziewanie znaleźli się w środku polowania. Informacji o polowaniu – brak.
Dochodzi do sytuacji, gdy mieszkaniec samodzielnie musi poszukiwać wzmianek i terminów planowanych polowań, chcąc - na przykład - pójść na spacer. Jest to niedopuszczalne, a obieg informacji powinien być odwrócony. To na Gminach i Kołach Łowieckich powinien spocząć obowiązek SKUTECZNEGO poinformowania mieszkańców o zagrożeniu.
 - tak w piśmie do UM, UMWD i lokalnych kół łowieckich zwracała się w imieniu Zarządu Osiedla Renata Piwko-Wolny, jego przewodnicząca. Ale coś się jednak zmienia. Kilka lat temu, próbując dyskusji, słyszało się w odpowiedzi co najwyżej mało eleganckie a spie*****j, k***o, teraz można liczyć na jakąś rozmowę. Co do ewentualnych zarzutów, że robię myślistwu czarny PR, mówię już od razu, że tak czarnego PR-u, jaki robią sobie sami myśliwi,15 nie jest w stanie im zrobić ani setka organizacji ekologicznych, ani tym bardziej taki niszowy artykulik. Aż się prosi o zacytowanie tutaj pewnej słynnej wypowiedzi ks. J. Tischnera:
Jeszcze nie widziałem nikogo, kto stracił wiarę, czytając Marksa, za to widziałem wielu, którzy stracili ją przez kontakt z księżmi.
Ja też nie znam nikogo, kto zniechęciłby się do myślistwa, obcując z ekologami, za to znam wielu, którzy zniechęcili się przez kontakt z myśliwymi. W tym także, tak się dziwnie składa, sami myśliwi. Czyżby uwiodła ich „ekooszołomska” propaganda? Darz Bór!

  1. Oczywiście uważam, że dokarmiać nie należy wcale. Ciężkie zimy są dobrym regulatorem pogłowia.
  2. Rachunek za karmę wywiezioną na nęcisko myśliwy przedstawia w kole jako kwit za dokarmianie.
  3. Walenty Kwiczoł o groźnym zwierzu, który zaatakował króla.
  4. Rozporządzenie, rozdział 5, § 26.2
  5. NIK, Informacja o wynikach kontroli prowadzenia gospodarki łowieckiej (2015), rozdział 2.2, pkt 9 i 10.
  6. Wg raportu NIK polowanie na gruntach prywatnych należy ograniczyć – jest to jeden z pilniejszych problemów do rozwiązania.
  7. Wg danych z jednego z ośrodków badawczych PZŁ w ciągu jednego tylko sezonu wypuszczono do środowiska 108,7 tys. bażantów i w tym samym sezonie odstrzelono ich do 104 tys. (dane szacunkowe). Można powiedzieć, że różnica, czyli ptaki, które teoretycznie przeżyły (4,7 tys.), jest właściwie w granicach błędu statystycznego. "Ożywić pola" w pełnej krasie.
  8. Bażant (Phasianus colchicus) jest tak naturalny w naszej faunie, jak, nie przymierzając żółw stepowy (Agrionemys horsfieldii) albo inna nutria (Myocastor coypus). Hodowane w niewoli bażanty są bardzo nieporadne, łatwo padają łupem drapieżników i bardzo słabo się rozmnażają. Ponadto często są roznosicielami chorób i pasożytów (Chylarecki P., Kuczyński L., Atlas pospolitych ptaków lęgowych Polski. Rozmieszczenie, wybiórczość środowiskowa, trendy).
  9. NIK, Informacja o wynikach kontroli prowadzenia gospodarki łowieckiej (2015), rozdział 3, pkt 3.2.3.5
  10. Cytat za: echodnia.eu z 7 stycznia 2013.
  11. Vege, nr 03/2016; www.vege.com.pl 13.07.2016
  12. Mało kto z osób postronnych wie, jak wygląda tzw. chrzest myśliwski – twarz nowego myśliwego smaruje się krwią zabitego przez niego zwierzęcia, mówiąc przy tym: Chrzczę cię na nowego wyznawcę św. Huberta. Obłęd w ciapki.
  13. Wg badań CBOS 78% Polaków sprzeciwia się udziałowi dzieci w polowaniach, prawie 79% nie chce karania za utrudnianie polowań, uważając za nadrzędne prawo dostępu do lasów i łąk dla wszystkich obywateli, 81% uważa, że ochrona własności prywatnej jest ważniejsza niż wykonywanie polowań. Za: pracownia.org.pl, 01.12.2016.
  14. Ustawa o ochronie zwierząt, rozdział 10, art. 34, pkt 4.2
  15. www.nik.gov.pl/aktualnosci/nik-o-gospodarce-lowieckiej.html

Bibliografia

Źródła i opracowania

  1. Chylarecki P., Kuczyński L., Atlas pospolitych ptaków lęgowych Polski. Rozmieszczenie, wybiórczość środowiskowa, trendy, Warszawa 2012
  2. Kruczyński Z., Farba znaczy krew, Słowo/Obraz Terytoria 2008

Ustawy i rozporządzenia

  1. Prowadzenie gospodarski łowieckiej. Informacja o wynikach kontroli, NIK 2015
  2. Rozporządzenie Ministra Środowiska w sprawie szczegółowych zasad i warunków wykonywania polowania oraz obowiązku znakowania, 23.03.2005
  3. Ustawa o ochronie zwierząt, 21.08.1997
  4. Zbiór zasad etyki, tradycji i zwyczajów łowieckich, Komisja Etyki, Tradycji i Zwyczajów Łowieckich Naczelnej Rady Łowieckiej PZŁ, 6.06.1992

Zasoby internetowe

  1. www.echodnia.eu, 07.01.2013: Pomyłka podczas nocnego polowania? Zastrzelili dwie licencjonowane klacze
  2. www.gazetakrakowska.pl, 19.11.2015: Ktoś zastrzelił klacz gospodarza z Zagórzan. Policja szuka sprawcy
  3. www.gazetawroclawska.pl, 29.11.2012: Zastrzelił żonę na polowaniu, nie pójdzie do więzienia
  4. www.gazetawroclawska.pl, 10.11.2016: We Wrocławiu myśliwi strzelają bez ostrzeżenia. Można przypadkiem znaleźć się w środku polowania!
  5. www.nik.gov.pl, 11.09.2015: Prowadzenie gospodarski łowieckiej. Informacja o wynikach kontroli
  6. www.nowagazeta.pl, 02.12.2016: Milczenie zostało przerwane
  7. www.vege.com.pl, 13.07.2016: Myśliwy, który zamienił strzelbę na aparat
Stronę zaprojektował Jerzy Komar